Salou – czyli w odwiedzinach :)

W Salou, moja koleżanka z roku zapoznała lat temu już pewnie z 7, swojego aktualnego męża, chłopaka z Chille, mieszkającego na stałe z rodziną w Hiszpanii. Zakochała się i po 4 latach wzięła z nim ślub przenosząc swoje życie w te gorące klimaty :) Odwiedzałam Anię dwa lata wcześniej, będąc gościem i fotografem na jej ślubie. Dziś odwiedzam jej całą rodzinkę :) a śpimy wbrew jej woli na balkonie… no bo tam są resztki chłodu…

83. 82.Dni mijają leniwie, nad gorącym morzem, co jest super odmianą po oceanie; spacerach i kąpielach w basenie :) Ania ugościła nas obiadem, tak po polsku, naleśnikami :) Ale zapomniałam o swoim chorym żołądku, który wtedy był 4 tygodnie bez bólu, no i wszamałam z rozpędu żółty ser… rozłożył mnie na kilka godzin i zanim uświadomiłam sobie, że to przez jedzenie, wpadłam w panikę, że moje leki przestały działać, i że teraz już na pewno nie dojadę do Polski :P

81. 80.

POLSKA! na kilka godzin :)

Wróciłyśmy! Przy pierwszej Biedronce – foto dla Jacka Wikinga – by wiedział, że my bezpiecznie w domu :) Przy drugiej spełniamy marzenie – wózek do transportu plecaków. Niestety nieporęczny i go porzucamy :P Przy trzeciej spotykamy Olmo, z którym toczę później wiele rozmów o życiu, i mogłabym mu poświęcić z 1000 znaków, więc szczerze mam nadzieję, że jeszcze kiedyś wrócę do uzupełnienia tych pobieżnych czerwcowych postów :) W każdym razie poznajemy Olmo w chwili gdy wraca z 2 letniego pobytu w Australii do domu, do Włoch. Kilka dni temu wysłał mi nawet życzenia urodzinowe :) Dobrze,że istnieje skype i można swobodnie pogadać z końcem świata :) Z Olmo dojeżdżamy (w czwórkę jedną ciężarówką!) do miejscowości, gdzie rozdzielamy się na dwie ciężarówki i jedziemy do Malborka. Tam zostawiamy Olmo, dostaje od nas adres i wie, że następnego dnia do 15 czekamy na niego w domu a potem wybywamy na miasto. Włoch nie ma telefonu, więc kartka z adresem to cenny nabytek. Przed 15 odprowadza nas do domu Dexter, który w drodze powrotnej na przystanek spotyka Olmo, o którym od nas słyszał, ale nie widział, a nasz uroczy Włoch pomyślał, że zagada do jakiegoś przechodnia na osiedlu u Jaskóły, czy nie zna może jakiejś Magdy i tak oto na siebie trafili :D Jak to mówią – kto nie chce szuka pretekstów, kto chce – i tak to zrobi :D Więc los złączył panów i Dex doprowadził Olmo do Magdy do domu byśmy potem mogli razem poszlajać się po Gda ;)

173. 174. 175. 176.

Wspomnienie Olma przypomniało mi kierowców, którzy nas wtedy wieźli… W Olsztynie Magda zaczęła łapać stopa, zatrzymuje się ciężarówka z Jarkiem na pokładzie, z którym również mam nadal kontakt. Wsiadamy w czwórkę, dojeżdżamy do miejscowości gdzie rozsiadamy się na dwa auta. Magda z Anią zostają z Jarkiem bo już go znają, a ja dosiadam się do kolegi Jarka. Póki jadę z Olmo to z nim toczę rozmowę i jestem tłumaczem, ponieważ kierowca jest ciekawy co to za chłoptaś z Włoch. Mam mieszane uczucia co do kierowcy, bo taki trochę gburkowaty się wydał, specyficzny. W Malborku odsiada się Olmo, a potem do Gda zostaję sama z kierowcą i nie mam pojęcia o czym pogadamy, więc siedzę w ciszy. W pewnym momencie nawiązał jednak ze mną kontakt. Otworzył się. Opowiedział mi o swojej żonie, że są ze sobą ponad 20 lat i, że bardzo ją kocha, że tęskni jak wyjeżdża w trasy. W ułamku chwili z gburka zrobił się wzruszającym grubaskiem i urzekł mnie niesamowicie, bo mężczyzna, który mówi z taką miłością o kobiecie, z którą spędził tyle lat zasługuje na uznanie. Przypomina mi jednocześnie mojego dziadka. Zawsze gdy mówił o swojej żonie to w jego słowach była miłość i to było piękne :)

Gdy dojechaliśmy do Gdańska podziękowałam mojemu kierowcy i podeszłam do Jarka i dziewczyn. Jarek zaczął się zgrzewać ze mnie, że trochę pewnie ciężko mi się jechało. I faktycznie miałabym takie wrażenie gdybym wysiadła w Malborku, ale powiedziałam im, że mój kierowca (jak zawsze nie pamiętam imion :( ) jest wyjątkowym, i opowiedziałam o jego miłości do żony :) A Jarek to gość młody duchem, ma dziecię kilkuletnie, ale duszę nastolatka, być może dlatego tak dobrze się z nim zgadałyśmy :)

Babski wypad w las

Majóweczka 2015. Dni tylko 3 więc znów ruszam w Polskę zamiast na gorący wschód. Tym razem na celowniku ukochane miejsce na ziemi, moje miejsce na ziemi, mój las, moje drzewa, ścieżki, tajemne przejścia, cypelek od zachodów słońca, piracka wyspa, abordaż na lipę, nocne molo, ogniska… Miliony wspomnień w miejscu, gdzie kształtowano mój charakter wielokrotnie :) Biały Bór – to tam, pomiędzy Białym Borem a Trzmielewem jest taki kawałek lasu, gdzie drzewa tworzą mój dom. Nie o tym miejscu jednak chciałam, choć bez ciepłych uczuć dla BB nie jestem w stanie pisać ;) IMAG1704 IMAG1703Jak zwykle w podróż udałam się autostopem. Tym razem z Agatką ruszyłyśmy razem z Łodzi, a na miejscu miały do nas dołączyć Ania z Magdą – z Gdańska. Taki babski wypad, przez dużą część społeczeństwa mógłby być nazwany survivalowym. Śpimy w namiocie (dupy nam nieźle wymroziło :P), myjemy się w wodzie z jeziora, gotujemy na ognisku, nie mamy zasięgu, o prądzie nie wspominając. By zjeść ciepłą kolację, bez benzyny czy wspomagaczy, rozpalamy ognisko z mokrego drewna. Siedzimy w leśnej ciszy, którą przerywają dźwięki ukulele, nawet moczymy nogi w jeziorze. Dla nas – norma. Dla wielu survival. Do BB wiozło nas chyba z 6 albo 7 kierowców, w tym tylko jedna para, a tak to sami mężczyźni i każdy kolejny pytając się gdzie jedziemy dziwił się, że w las, następnie sugerował, że na pewno czekają w lesie na nas fajni mężczyźni, a potem nie dowierzali jak słyszeli, że cztery baby będą same w lesie… toż to się w głowie nie mieści! CAM01102a CAM01099 CAM01098I to właśnie zadziwia mnie w stereotypowym postrzeganiu naszych ról… Mężczyźni samotnie jadący w las – spoko – męski wyjazd i wszystko gra. Albo jak jadą na ryby…też spoko! A my? Kobiety? W las?! ech. Z jednej strony smutne, a z drugiej całkiem zabawne :P Tak czy siak, spędziłam wspaniałe dni w lesie, walę ogniskiem i jestem najszczęśliwszym ludzikiem na świecie :) Kocham ten las, ten klimat, tę ciszę… Moje miejsce na Ziemi CAM01091

Miłość do Lwowa

Spełniłam swoje marzenie, zobaczyłam Lwów w śniegu. Spacerowałam po starym mieście, w tle słychać było w każdej kawiarence ukraińską kolędę „Szczedryk”, płaty śniegu powoli i delikatnie opadały na ziemię, atmosfera była przedświąteczna a kolorowe lampki tworzyły magiczną atmosferę. :) Zaczęłam się wtedy zastanawiać za co kocham Lwów i ogólnie Ukrainę. Oto kilka powodów:

_MG_7725[1]

foto: Wołoś.

1. Za wędrujące pieniądze. Bilety do marszrutek, tutejszych busików, nie istnieją. Jeden przejazd kosztuje 3 hrywny, ludzie wsiadając płacą kierowcy. Czasem jednak jest tak tłoczno, że nie można podejść do kierowcy, wówczas zaczyna się magia :) Z tyłu marszrutki podawane są pieniądze oraz informacja za ile osób, a hrywny wędrują z rąk do rąk aż do kierowcy. Gdy potrzebna jest reszta pieniądze te , z rąk do rąk wracają do właściciela :)

2. Za gościnę. Serca uchylą wędrowcy, z drogi zgarną i nakarmią, przenocują, podzielą się najskrytszymi tajemnicami okolicy niedostępnymi dla niedzielnego turysty, oddadzą ostatni chleb jeśli dla Ciebie zabrakło. Na tym skończę, bo dalej weszłabym w te okolice mojego serca, które uruchamiają gałki oczne do produkcji nadmiaru płynu łzawiącego ;)

3. Za kwas chlebowy i lody-kanampki firmy Limo <3 Trzeba spróbować :) Po to zawsze wracam :D

4. Za radość w ludziach, społeczność i śpiew przechodniów albo i grup przechodniów na ulicach :)

5. Za znajomość pochodzenia słów, odpowiedzi na wiele pytań, nad którymi my się nie zastanawiamy.

6. Za szybkość, ekspresową, nauki języka polskiego :)

7. To już w samym Lwowie – za skautową kawiarenkę :)

Już tęsknię za Ukrainą, już myślę kiedy tam wrócić :)

Zdjecie0019Maj 2013 – foto Wołoś.

_MG_7657Styczeń 2015 – foto Wołoś.

W 76 dni dokoła Europy – czyli babski autostop przez 15 tysięcy kilometrów.

To za dwa dni… Cieszę się, że będę mogła podzielić się tą podróżą z bliskimi, to wyjątkowe i niesamowite :) Droga za kołem podbiegunowym trzyma się lepiej mimo tamtejszych zim (Finowie mają kilkanaście słów na określenie śniegu) niż moja jaką we wtorek pokonam do Kei ;)

096.Wciąż się łudzę, że kiedyś uzupełnię bloga o resztę wyprawy… Póki co moje ulubione zdjęcie – bo pojechałam za koło by gonić renifery. Co prawda to one pogoniły mnie, ale i tak było czadowo! :D

107.