Prelekcja 8.12.2015

Rok później, w tym samym miejscu, wśród tych samych przyjaciół, opowiem kolejną historię, zupełnie różną od poprzedniej, ale mam nadzieję, że równie fascynującą :)

A potem? Znów postaram się uzupełnić bloga o wpisy z tegorocznej drogi :)

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Bezdroża za chińską wioską…

Reklamy

Moja droga – czyli rodzajów dróg kilka ;)

Tytuł bloga zobowiązuje… Pojawił się ponieważ angielski odpowiednik „mojej zwykłej, prostej drogi” był zajęty, ale też skoro piszę po polsku to i niech nazwa będzie szybko zrozumiała dla każdego Polaka, przecież w końcu zaczęłam pisać, by moi rodziciele mogli wiedzieć gdzie jestem podczas drogi. Jeszcze nie udało mi się dojść do stanu, by faktycznie to działało dla spokoju ducha mamy czy taty. Wszystko przede mną…;) Ale skoro motyw drogi się pojawił, towarzyszy mi przez całe życie, (jak motywy literackie na maturze ;) ) to chciałabym się nim trochę podzielić :)

Panorama lasDROGA, może być fizyczna, typowe przemieszczanie swojego ciała pomiędzy punktami o różnych współrzędnych geograficznych. Daje wyzwania, bo zgodnie z metodyką wędrowniczą (takie harcerskie mądrości) powinniśmy się rozwijać na trzech płaszczyznach – duchowej – intelektualnej – fizycznej. Droga w tym znaczeniu jest wyzwaniem dla naszych mięśni, jest też pokonywaniem swoich granic.

DROGA, może być emocjonalna. Przechodzimy przez różne emocje, w różnych sytuacjach. Takim przykładem może być droga problemu, od złości, przez panikę, aż do kreatywnych rozwiązań. Ciągle pracując nad sobą kombinuję jak tu dwie pierwsze fazy ukrócić, by szybko przechodzić do rozwiązań :)

DROGA jest też duchowa. Kształtują się w nas różne wartości, dzięki przeżyciom, rozmowom, naukom… Dzięki niezliczonej ilości czynników. Ponoć tylko krowa zdania nie zmienia. Czy to słabość nie obstawać przy swoim całe życie? A może to pewna dojrzałość, by umieć wymieniać się argumentami i stwierdzać rację innej strony? Czasem w zabieganiu nie ma chwili by przemyśleć własne priorytety, i wtedy z pomocą przychodzi nam droga w postaci wyprawy, czasem długiego biegu, a czasem długiego rejsu – by przemyśleć, uporządkować i pokonać własną drogę duchową.

DROGA jest między ludźmi. Od spotkania po raz pierwszy, przez kolejne rozmowy, wspólnie spędzony czas, aż czasem nawet do specjalnego miejsca w sercu, a na pewno zawsze do miejsca w pamięci. W trasie spotkałam już kilkoro takich ludzi, którzy wpłynęli na moje drogi, na pewno te emocjonalne i duchowe. W życiu spotkałam wielu ludzi, z którymi przeszłam takie międzyludzkie drogi. Od przypadkowego spotkania, przez spontaniczne autostopy aż po głęboką przyjaźń, taką na zawsze. Nawet jeśli zawsze nie będzie fizycznym widzeniem, to zawsze będzie w sercu.

DROGA może być procesem jaki trzeba przejść by coś zmienić. Czy od razu jesteśmy gotowi na zmiany? Czasem potrzebujemy się przystosować, a wpierw to w ogóle musimy sobie uświadomić chęć zmiany. Ta droga, ten proces, to nie taka łatwa sprawa. Procesów przyszło mi na myśl kilka, ale to takie trochę osobiste, to zostawiam to sobie w sercu. Każdy z nas myślę, że ma swój własny proces zmiany, który przechodził, i jeszcze nie jeden pewnie przejdzie. Dobrze się zmieniać, nie stać w miejscu, pracować nad sobą…a jak już o tym mowa, to…

DROGA to kształtowanie swojego charakteru. Pokonywanie kolejnych kilometrów, emocji, poznawanie nowych ludzi, wychodzenie ze strefy komfortu… Każdy z nas jest w jakieś drodze, z każdej można czerpać, każdą można się inspirować. Tak, droga jest moją inspiracją, wszystkim życzę by znaleźli swoją i drogę i inspirację, a w tym wszystkim szczęście. Dla mnie największym szczęściem są ludzie, dlatego łącząc buddyjskie przysłowie, że „nie ma drogi do szczęścia, to szczęście jest drogą” i ludzi, którzy mnie otaczają, cieszę się ogromnie, że tyle fantastycznych osób jest w moim życiu, że mogę o nich myśleć, wspominać, i może nie mam czasu by z każdym utrzymywać zażyłą relację, może się nie odzywam do niektórych hostów latami, ale oni wszyscy są w mojej pamięci, wywołali emocje, czegoś nauczyli, dzięki nim mogę żyć bardziej świadomie… Szczęście jest w ludziach, zdecydowanie :)

Szczęście jest drogą i milionem codziennych ścieżek :)

Cierpliwość – cecha porządana u podróżnika.

Tak… bez cierpliwości nie ma co wyruszać w autostopową drogę. Niejednokrotnie łapie się stopa dłuższą „chwile”, a niektórzy czekają tygodniami na jachtostopa na Karaiby. Kiedyś psycholog określając moją osobowość (po uzupełnieniu gigantycznego testu… z 300 pytań miał :/) poświęcił jedną stronę opisu na te elementy mojego charakteru, nad którymi powinnam popracować, bo ułatwi to pracę z ludźmi. Wśród nich zalazło się zdanie, bym akceptowała to, że nie wszyscy działają tak dynamicznie jak ja, potrzebują czasu, przemyślenia… a ja jak król Julian – robię coś szybko zanim dotrze do mnie , że to bez sensu ;) , a jeśli tak nie zrobię, to później czasem lata świetlne mijają nim coś się zadzieje. W każdym razie cierpliwość nie jest moją mocną stroną, potrafię się szybko zirytować czy zdenerwować. Plusem jest to, że mi szybko mija.

Łącząc te fakty z autostopowym życiem muszę stwierdzić, że dobrze, że urodziłam się kobietą. W końcu, jakbyśmy o równouprawnienie nie walczyli, kierowcy zawsze się szybciej dla mnie zatrzymają niżeli dla mężczyzny, dzięki czemu, mój niewielki zapas cierpliwości nie przekreślił autostopowego życia ;) Podczas tych kilku wypraw, które odbyłam, nauczyłam się jeszcze jednego – gdy długo czekam na stopa, to zawsze po to, by poznać kogoś wyjątkowego, co daje dodatkową motywację do utrzymania cierpliwości ;) Póki co zawsze się to sprawdzało :)

Kiedyś narzekałam sobie w duchu (bo to raz ;)) , że nie urodziłam się mężczyzną, ponieważ byłabym wolna, mogłabym sama podróżować, mniej się bać, dziarsko podróżować stopem przez świat. Będąc kobietą zawsze uzależniałam swoje podróże od kogoś, by nie jechać samej, bo to bezpieczniej. Tak przynajmniej myślała moja głowa. Później, w magicznym dniu gdy zabrano mi zniżki na PKP, rozpoczęłam podróżowanie samotne stopem. Z każdym razem decyzja o samotnym wyjściu na drogę przychodziła łatwiej, pewniej. Dziś pojechanie na wylotówkę i ruszenie samotnie w drogę autostopem jest dla mnie jak pojechanie rowerem na zajęcia. Normą. Wszystko co siedzi w naszej głowie da się oswoić, a do tego zyskał na tym mój brak cierpliwości – dla samotnej kobiety jeszcze szybciej zatrzymują się samochody :)

VLUU L310W L313 M310W / Samsung L310W L313 M310WDo napisania tych kilku zdań skłoniły mnie dzisiejsze przejścia ze służbą zdrowia… Podsumowując, musiałam odwiedzić jedynie: 2 razy lekarza pierwszego kontaktu, 4 razy ortopedę, raz neurologa, 2 razy gabinet zabiegowy, raz NFZ, 2 razy sklep ortopedyczny i już wtedy można było stwierdzić co mi jest i zacząć leczenie. Mogłam iść od razu na pogotowie, ale dziarsko miałam nadzieję, że samo minie, a jestem zbyt uczciwa by udawać po fakcie, że dopiero co tak twórczo zderzyłam się z futryną…No więc muszę czekać…To dopiero, cholera, uczy cierpliwości! A nie tam jakieś stopowanie przez pustkowia… tam to chociaż się można nacieszyć przyrodą i opalić buźkę :D

Powrót ten fizyczny i ten duchowy…

Wróciłyśmy do domu 13 września, po 76 dniach podróży dookoła Europy, zrobiłyśmy ponad 15 tysięcy kilometrów autostopem oraz wiele na pieszo. Po tym czasie byłyśmy bardziej opalone, z umięśnionymi nogami, jak zwykle nie schudłam (nadal nie ogarniam metabolizmu, ale być może księżniczkowe ciastka miały w tym swój udział :P). Poznałyśmy wiele kultur, zobaczyłyśmy masę miejsc, doświadczyłyśmy mega ludzi. Wzbogaciłyśmy się wewnętrznie. Ale to, co było dla mnie najważniejsze, zadziało się w środku mnie. To droga, którą przeszłam, a której świadomość dotarła do mnie po pewnym czasie…

000.1Tak na prawdę, gdyby nie bilet na prom do Karlskrony, który był kupiony wcześniej, nigdy bym nie wyruszyła w taką podróż. W czerwcu przeżywałam apogeum swojej choroby żołądka i ostatnie na co miałam ochotę to gdziekolwiek się ruszać. Od stycznia, co jakiś czas, co raz częściej w miarę upływu dni, leżałam godzinami z bólem brzucha, nie mogąc spać,siedzieć, funkcjonować. Mdliło mnie i męczyło. W marcu trafiłam do szpitala, potem na kolejne badania. W czerwcu bolało mnie już nawet picie wody. Żołądek męczył się próbując cokolwiek strawić… Jadłam to, co było najłagodniejsze i papkowate. W połowie czerwca skasowałam fb, ponieważ wtedy miałam wrażenie, że ludzie tryskają tam tylko szczęściem, a ja jestem jedynym nieszczęśliwym człowiekiem na ziemi. Chwilę potem dostałam leki, które zaczęły powoli działać. Dziś wiem, że wyjeżdżałam na wyprawę w słabym stanie psychicznym, byłam wykończona ciągłym bólem i bezradnością oraz brakiem wiedzy w temacie żywienia… bo jak to lekarz powiedział – sama na sobie muszę przetestować co mogę, a czego nie mogę jeść, bo każdy organizm inaczej sobie radzi… Tak się więc stało, że te 76 dni dochodziłam powoli do zdrowia, łykałam leki tak pilnie jak nigdy, obserwowałam reakcje na różne artykuły żywieniowe… Wraz ze zdrowiem wracała mi siła witalna oraz wewnętrzna, motywacja. Podczas drogi dużo rozmawiałam z ludźmi, myślałam nad życiem, układałam sobie w głowie na nowo priorytety. Odzyskiwałam siebie. Wróciła mi wiara we własne możliwości oraz siła, zapał i radość z każdego dnia. Od powrotu mogę spokojnie mówić, że kęsik wrócił :D To był dla mnie ważny wyjazd, pokonałam pewną drogę. Rada jestem, że się nie poddałam,i że mimo kłótni w drodze, nigdy się z dziewczynami nie porzuciłyśmy.

100_3761Często czytam o ludziach, że ruszają w drogę by sobie coś przemyśleć, poukładać. Całkiem nieświadomie zrobiłam to samo. Każdego dnia,będąc odciętą od fb, maila, nie pisząc smsów, mogłam poznawać siebie co raz lepiej… bo to nie takie proste zostać samemu ze sobą… To niezłe wyzwanie… Dziś już nie szukam siebie, wiem jaka jestem, czego chcę. I to nie jest tak , że mam teraz nowe priorytety, raczej przypomniałam sobie swój system wartości, który zabieganie bądź choroba, trochę przyćmiły.

Szykuję się do kolejnej wyprawy. Tym razem wiem, że nie muszę szukać siebie, że jadę by poznawać innych ludzi, róże kultury, inspirować się, fascynować, przeżywać i kolekcjonować wspomnienia. I po raz pierwszy próbować wytrzymać samemu ze sobą tak długo… Długo? Nie wiem… Żołądek nigdy nie będzie zdrowy, nigdy nie będę wiedzieć kiedy zawoła o pomoc… Dlatego znów mam bilet w jedną stronę, ale wiem na pewno, że wrócę :) W końcu czeka na mnie upragniona operacja biodra i obrona :) Bo trochę jestem takim podróżnikiem pomiędzy… ani nie chcę porzucać miejskiego życia, ani podróży. Każdy w końcu ma swój sposób na szczęście :)
Ahoj przygodo!! :)

Babski wypad w las

Majóweczka 2015. Dni tylko 3 więc znów ruszam w Polskę zamiast na gorący wschód. Tym razem na celowniku ukochane miejsce na ziemi, moje miejsce na ziemi, mój las, moje drzewa, ścieżki, tajemne przejścia, cypelek od zachodów słońca, piracka wyspa, abordaż na lipę, nocne molo, ogniska… Miliony wspomnień w miejscu, gdzie kształtowano mój charakter wielokrotnie :) Biały Bór – to tam, pomiędzy Białym Borem a Trzmielewem jest taki kawałek lasu, gdzie drzewa tworzą mój dom. Nie o tym miejscu jednak chciałam, choć bez ciepłych uczuć dla BB nie jestem w stanie pisać ;) IMAG1704 IMAG1703Jak zwykle w podróż udałam się autostopem. Tym razem z Agatką ruszyłyśmy razem z Łodzi, a na miejscu miały do nas dołączyć Ania z Magdą – z Gdańska. Taki babski wypad, przez dużą część społeczeństwa mógłby być nazwany survivalowym. Śpimy w namiocie (dupy nam nieźle wymroziło :P), myjemy się w wodzie z jeziora, gotujemy na ognisku, nie mamy zasięgu, o prądzie nie wspominając. By zjeść ciepłą kolację, bez benzyny czy wspomagaczy, rozpalamy ognisko z mokrego drewna. Siedzimy w leśnej ciszy, którą przerywają dźwięki ukulele, nawet moczymy nogi w jeziorze. Dla nas – norma. Dla wielu survival. Do BB wiozło nas chyba z 6 albo 7 kierowców, w tym tylko jedna para, a tak to sami mężczyźni i każdy kolejny pytając się gdzie jedziemy dziwił się, że w las, następnie sugerował, że na pewno czekają w lesie na nas fajni mężczyźni, a potem nie dowierzali jak słyszeli, że cztery baby będą same w lesie… toż to się w głowie nie mieści! CAM01102a CAM01099 CAM01098I to właśnie zadziwia mnie w stereotypowym postrzeganiu naszych ról… Mężczyźni samotnie jadący w las – spoko – męski wyjazd i wszystko gra. Albo jak jadą na ryby…też spoko! A my? Kobiety? W las?! ech. Z jednej strony smutne, a z drugiej całkiem zabawne :P Tak czy siak, spędziłam wspaniałe dni w lesie, walę ogniskiem i jestem najszczęśliwszym ludzikiem na świecie :) Kocham ten las, ten klimat, tę ciszę… Moje miejsce na Ziemi CAM01091

Miłość do Lwowa

Spełniłam swoje marzenie, zobaczyłam Lwów w śniegu. Spacerowałam po starym mieście, w tle słychać było w każdej kawiarence ukraińską kolędę „Szczedryk”, płaty śniegu powoli i delikatnie opadały na ziemię, atmosfera była przedświąteczna a kolorowe lampki tworzyły magiczną atmosferę. :) Zaczęłam się wtedy zastanawiać za co kocham Lwów i ogólnie Ukrainę. Oto kilka powodów:

_MG_7725[1]

foto: Wołoś.

1. Za wędrujące pieniądze. Bilety do marszrutek, tutejszych busików, nie istnieją. Jeden przejazd kosztuje 3 hrywny, ludzie wsiadając płacą kierowcy. Czasem jednak jest tak tłoczno, że nie można podejść do kierowcy, wówczas zaczyna się magia :) Z tyłu marszrutki podawane są pieniądze oraz informacja za ile osób, a hrywny wędrują z rąk do rąk aż do kierowcy. Gdy potrzebna jest reszta pieniądze te , z rąk do rąk wracają do właściciela :)

2. Za gościnę. Serca uchylą wędrowcy, z drogi zgarną i nakarmią, przenocują, podzielą się najskrytszymi tajemnicami okolicy niedostępnymi dla niedzielnego turysty, oddadzą ostatni chleb jeśli dla Ciebie zabrakło. Na tym skończę, bo dalej weszłabym w te okolice mojego serca, które uruchamiają gałki oczne do produkcji nadmiaru płynu łzawiącego ;)

3. Za kwas chlebowy i lody-kanampki firmy Limo <3 Trzeba spróbować :) Po to zawsze wracam :D

4. Za radość w ludziach, społeczność i śpiew przechodniów albo i grup przechodniów na ulicach :)

5. Za znajomość pochodzenia słów, odpowiedzi na wiele pytań, nad którymi my się nie zastanawiamy.

6. Za szybkość, ekspresową, nauki języka polskiego :)

7. To już w samym Lwowie – za skautową kawiarenkę :)

Już tęsknię za Ukrainą, już myślę kiedy tam wrócić :)

Zdjecie0019Maj 2013 – foto Wołoś.

_MG_7657Styczeń 2015 – foto Wołoś.