Prelekcja 8.12.2015

Rok później, w tym samym miejscu, wśród tych samych przyjaciół, opowiem kolejną historię, zupełnie różną od poprzedniej, ale mam nadzieję, że równie fascynującą :)

A potem? Znów postaram się uzupełnić bloga o wpisy z tegorocznej drogi :)

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Bezdroża za chińską wioską…

Reklamy

Tak blisko a tak daleko – czyli kogo można spotkać w trasie.

Po raz kolejny spotkałam w autostopie na trasie Łódź-Warszawa ciekawego i specyficznego człowieka. Objechałam całą Europę i nie jeździłam z takimi ewenementami jak wtedy gdy celem jest nasza stolica. Tym razem jechałam z Serbem, ale wyszło to dopiero pod koniec drogi, ponieważ urodzony chyba już w Polsce mówił piękną polszczyzną :) Wróćmy jednak do początku…

IMAG0013Strykowska, chwil kilka i zjeżdża mega wypasiony mercedes (jestem kobietą, więc jedne co mogę więcej powiedzieć, to informacja, że był czarny :P). Kierowca odbiera telefon (później robił to co chwilę, gorąca linia, a nawet trzy) i mówi w pewnym momencie rozmówcy, że wziął autostopowiczkę, no bo zawsze bierze, ostatnio wziął dwóch chłopaków z Łodzi do Katowic, ale zanim dojechali do celu to wybiegli na światłach z jego auta mówiąc , że chcą jeszcze żyć… Robi się ciekawie – pomyślałam. Gdy boję się prędkości to idę spać w autostopie, no ale tu trochę nie wypada, jak jadę sama. Na szczęście Strykowska jest długa, i zanim dojechaliśmy do autostrady to zdążyliśmy się wymienić informacjami, że ja jadę do Japonii, a jego „ex” była na wolontariacie w Wietnamie oraz wspomniana „ex” zdążyła zadzwonić. Dostałam telefon by z nią pogadać, skoro coś nas łączy :P Ona powiedziała na koniec bym się nie bała mojego kierowcy, bo on wariat na drodze, ale bezpiecznie jeździ, że będzie dobrze, bo to dobry chłopak jest, szalony, ale bardzo dobry. I chyba mnie przekonała, co wcale nie znaczy, że nie bałam się gdy kątem oka ujrzałam 260 na liczniku… No ale co z tego, że 260 jak do celu dojechałam godzinę później niż zwykle… bo chwilę postaliśmy w salonie Mercedesa, odstawiliśmy jedno auto, wzięliśmy drugie, a w między czasie trzeba było pogadać z całą Serbską familią, która się tam zjechała… w końcu trzeba omówić, czy kupują zamek w Norymberdze za 2 mln skoro komornik wystawić go chciał początkowo za 10 mln. Ale skoro powiedział, że chce mnie podwieźć do samego celu, no to czekam… No i pod ratusz Arsenał jadę z 3 Serbami. Śmiać mi się chce, bo 8 lat temu, jak zaczynałam stopowanie, NIGDY w życiu by mi nie przeszło, że mogę jechać z 3 mężczyznami w aucie, a do tego sama?! No way! A dziś… nie jestem mniej czujna, ale bardziej oswojona, ufna, odważna i dziarsko pokazująca sobą, że się nie boję. Choć to wszystko dzieje się w głowie, Ci ludzie przecież czy dziś czy 8 lat temu, jeśli by chcieli to by krzywdę zrobili… ale przez tyle lat nikt nie chciał, nie próbował, bo świat jest pełen dobrych ludzi, tylko lepiej się sprzedaje mówienie o tym co złe, dlatego i postrzeganie świata jest takie marne. A ja mówię „nie”, i w niedzielę ruszam dalej autostopem, poznać kolejnych ciekawych ludzi :) Każda rozmowa daje do myślenia, wzbogaca mnie wewnętrznie a przy okazji mogę poznać wykręconych ludzi, mieć dużo śmiechu i zedrzeć sobie gardło śpiewając serbskie hity na full podkręcone w głośnikach podczas pędzenia 260 km/h trasą A2 :)

IMAG0012Ale nie tylko w aucie i na trasie można poznać autostopowiczów… Wracałam z Wawki na prześwietlenie, nie pojechałam A2, tylko starą drogą do Łodzi, przesiadałam się i nie zdążyłam do domu przed lekarzem, więc z trasy, wysadzona przy Kaliskim, poszłam z tabliczką do przychodni. Wchodzę z marszu na rentgen a młody pracownik pyta mnie skąd wracam… szybko zgadaliśmy się o autostopowych podbojach Europy, czy Polski, woodstocku, przywilejach kobiet w trasie itd. Kto by pomyślał, że zwykły rentgen może być tak fascynujący ;)

Droga do domu…?

Z Salou miałyśmy jechać jeszcze do Francji, do Justine – koleżanki mojej przyjaciółki Lamy, a jednocześnie przyjaciółki ludzi – Maxa i Laury, których gościłam pół roku wcześniej u siebie w domu :) Jednak jak już wyruszyłyśmy w drogę i poczułyśmy, że koniec Hiszpanii, że dom się zbliża… to zaczęłyśmy tęsknić… No i trafiając (jak to można tu przeczytać: https://szczesciejestdroga.wordpress.com/2014/09/24/prelekcja-2-12-2014/ ) na Andrzeja tak się stało, że ruszyłyśmy wprost do Polski… A jak już ruszyłyśmy to chciałyśmy być w domu jak najszybciej, nawet kosztem samotnej jazdy stopem po nocy… Jak się stresuję to trajkoczę jak szalona, a stresujące było wsiadać o 2 w nocy, gdzieś pod Poznaniem do ciemnego auta… ale jak zwykle wszystko było dobrze, a ja o 6 rano mogłam wejść do domu :) A Andrzej… to dobry ziom! Dał mi poprowadzić swoją ciężarówkę :D Już nie jeden kierowca mi to obiecał, ale ciężko zaufać kobiecie, która mówi, że dobrze prowadzi… i choć jestem dobrym kierowcą, nie tylko w swoim mniemaniu, to potrzeba było dwóch dni podróży by Andrzej dał się przekonać :) Ale tak, udało się, marzenie o prowadzeniu TIRa spełniłam :D

86.Nie wiem czemu, o tej 6 rano jeszcze włączyłam internet, czego nie robiłam w podróży od czasu gdy zaprzestałam pisać 8 lipca bloga… i wtedy, dnia 13 września, wyświetliły mi się maile, jak to moja grupa umawia się na ślub do Kasi… no to zdrzemnęłam się 3 godzinki i pojechałam na ślub :) (to ta sama Kasia, u której jako jedyna z grupy byłam na panieńskim, bo akurat odbywał się w ten wieczór, gdy się przepakowywałam ze Skandynawii do Hiszpanii :P)

85.

Granada i Alhambra

To post, do którego na pewno będę chciała wrócić, więc napiszę tylko haseł kilka.

Nasz host – Joaquin – spontanicznie nasz zaprosił, byłyśmy pierwszymi jego couchsurferami, był przerażony i co chwilę dostawał smsy od znajomych czy jeszcze żyje, czy może już go porąbałyśmy na ćwiartki :P (Ci południowcy, coś mają z psychą :P). Joaquin – kolejny przykład, który odmienia swoje życie po wyjściu z długoletniego (12!!) związku. Roweruje, ćwiczy, uczy się zawzięcie angielskiego – bery bery macz! :D Nie wiele pamiętam ze zwiedzania, bo cały dzień skupiłam się na rozmowach z naszym hostem. Niby Hiszpan, a to ja wygrywam opalenizną ;) Mam nadzieję, że się jeszcze kiedyś spotkamy :)

70. 71. 72.A co robiłyśmy w oczekiwaniu na naszego hosta… kolejny tysiaczek :D (kto nie ma szczęścia w kartach… wciąż czekam na spełnienie przepowiedni, by przegrane ciastka nie poszły na marne :D)  Podziwiamy uliczne flamenco… ale po tym co widziałam w Sevilli już chyba żadne inne nie zrobi na mnie wrażenia…

68. 69.

Algarve – południe plaż, jaskiń i Oceanu :)

Wywiózł nas profesor z Uniwerku (coś miałyśmy do nich szczęście :)) , biolog. Godzinny odcinek pokonałyśmy w 3h, ale po drodze zwiedzałyśmy różne zakątki, które chciał nam pokazać. Niestety nie byłyśmy w stanie okazać zachwytu roślinnością nas otaczającą, zabrakło Magdy. Mimo to Carlos wciąż próbował nauczyć nas rozróżniać pewne gatunki drzew/krzewów :) Pokazał nam najpiękniejszą z wszystkich plaż, niestety zasnutą chmurami, które pojawiają się tam dwa razy do roku… ale potem sobie wygooglałyśmy co trzeba ;) No ładnie tam ;)

58. 59.Od profesora przesiadamy się do pary 40 latków. Wysiadają ze stopa, witają nas na policzek, bo tam wszyscy są tacy otwarci. Więc idąc tym tropem pytają nas czy nie planujemy ich zabić i czy nie mamy ze sobą jakiejś broni :P Dobrze, że budzimy z Anią zaufanie, bo inaczej nigdzie byśmy nie dojechały :P W każdym razie, w oczekiwaniu na stopa, dokończyłyśmy naszą wersję portugalskiego Fado, które zaczęło powstawać w dniu gdy cały dzień próbowałyśmy bezskutecznie wyjechać z Lizbony… Coś w tym jest, że jak zakładamy kapelusze, wyjmujemy ukulele, śpiewamy łapiąc stopa, to trochę Ci Portugalczycy nam bardziej ufają, uśmiechają się częściej i chyba częściej się zatrzymują ;)

61. 65. 60.Wspomniana para wywozi nas na samo południe, na piękną plaża skąpaną w złotym słońcu ;) Tu robimy sobie dwudniowy odpoczynek, leżymy plackiem na piasku, spalamy sobie tyłki (pierwszy raz w tym sezonie wystawione na słońce :P), kąpiemy się w zimnym oceanie i obserwujemy przypływ. Pierwszą noc spędzamy pod namiotem, który, stawiamy za pomocą kamieni! Takie z nas harcery, a co! :D Druga natomiast mija nam na plaży, pod gwiazdami, ze śpiewem na ustach i piękną nocą :) Tej drugiej nocy nie stawiamy namiotu, ale w nim śpimy. Rano wszystko co było w namiocie jest mokre… mimo, że z nieba nie spadła ani jedna kropla deszczu… No cóż, taki nasz urok ;)

63. 64.Drugiego dnia wyruszyłam rano na podbój sklepu… Ale okazało się, że jesteśmy na plaży w strefie willowej… Więc sklepów tu nie ma , każdy ma auto, a droga do Lidla daleka… nie było mnie dobrze 3 godziny, ale Ania się nie zaniepokoiła. Wiedziała, że wrócę :P Po drodze zwiedziłam nasze miasteczko, czyli wschodnią część Portimao, zobaczyłam gdzie bociany przylatują na zimę, oraz odnalazłam kolejnego Baden – Powella :D W Portugalii skauting jest bardzo popularny, a Robert zawsze na propsie :D

Lizbona! i fado… <3

Tramwaje legendy i smutne zaskoczenie… wzgórza i wzgórki, jazda stopem do centrum, klasztor Hieronimów, grób Magellana (serio, to niesamowite uczucie stać obok grobu takiego wielkiego podróżnika!), dużo na pieszo, foch Ani, zimna kawa, pominięcie najlepszych ciasteczek, wodna brama do miasta, w poszukiwaniu Fado, zakochana w muzyce, nocne, gorące, wąskie uliczki, powrót po nieudanym stopie, uczymy Ritę, naszą hostkę autostopu w Europie, babski międzynarodowy wieczór przy winie, norweskie zarobki i taki sobie wyjazd do Brazylii, włoski chłopak z siłki, skwar i upał, dziwny chłopak na stopa, Polak na wylotówce, pierwsza Portugalka bierze nas na stopa, początek września i 32 w cieniu i to chyba koniec haseł, które na pewno kiedyś rozwinę ;)

Ale Lizbona to przede wszystkim Fado <3 smutne piosenki o miłości wykonywane przy akompaniamencie specjalnego instrumentu. Przeżycie i emocje.

50. 51. 52. 53. 54. 55. 56. 57.

Fatima, Batalha i basy :)

Niespodziewanie trafiłyśmy tutaj… bo zamiast w mieście Batalha, nasz host tę noc spędzał w hostelu w Fatimie, ponieważ nim zarządzał. Chwilę robiłyśmy za informację turystyczną, zwiedziłyśmy wielkie sanktuarium, obejrzałam milion pierdół-pamiątek, które się wciska pielgrzymom i znalazłam pierwsze ulotki w ojczystym języku :D Zobaczyłam ludzie idących klęcząca drogą z intencją do Boga, płakali, wspierali się o bliskich… wiara to jednak ma moc, a nawet dalej, nasza głowa, psychika, jak ona nami rządzi… w końcu nie bez przyczyny nasza wędrownicza watra największy płomień ma poświęcony sile ducha!

46. 47.Nasz host to kolejna osoba gdzie pozory nas mega zmyliły… odebrał nas z dworca (tam dojechałyśmy stopem, nie, nie, nie korzystałyśmy z transportu publicznego ani razu! :)) niski, bladej cery, Portugalczyk. uraczył nas domowym winem i kurczakiem z kiosku. Opowiedział o rodzinnym biznesie hostelowym i ugościł w jednym z pokoi. Był specyficzny, a hostel zatrzymał się w PRLu, zdecydowanie. Następnego dnia podwiózł do Batalhy, bo sam był w drodze nad Ocean. A Batalha? Kolejna budowla mega na wypasie! Ciągle powstrzymuje się od architektonicznego bełkotu, bo kto nie lubi nie zrozumie, a kto lubi, wiem, że tam kiedyś pojedzie i sam tego doświadczy, bo architekturę można równie mocno doświadczać jak religię, bo ona tez wpływa na emocje, mówi do nas, opowiada o królach, władzach, księżach, zakamarkach, wojnach… O wszystkim. Snuje domysły i pobudza wyobraźnię. Architektura jest magią :)

48.Poszłyśmy dwa kroki za miasteczko, trochę czekałyśmy na stopa… ale w pewnym momencie dwa auta zablokowały cały przejazd, bo serio, Portugalczyk zatrzyma się wszędzie :D Gość z pierwszego auta mówi, że nas tym drugim autem zawiozą. Nie mówią po angielsku, ale mają cały bagażnik zajęty głośnikiem, więc przez resztę drogi do Lizbony czarrrrne basy pochłaniają nasze ciała :P

49.