Magia Norwegii…

…kryje się w przyrodzie, w tych imponujących skałach i przezroczystych wodach, w słońcu niezachodzącym i skarbach niezliczonych… Ostatnią noc w Norwegii spędziłyśmy w takim pięknym miejscu…

097. 098. 099.Skarby, skarbeczki… ale tylko Magda wie co nazbierała ;) Dostałam od niej jedną, pamiątkową muszelkę…staram się nie zbierać nic poza pocztówkami, ale ta była wyjątkowa… i jest pewnie magiczna jak to miejsce… ale jeszcze chwilę potrwa zanim uda mi się z niej coś wyczarować ;)

100.Obiad? Pierwsza klasa jak to zawsze u nas! :> Najtańszy norweski zestaw – ryż z tuńczykiem i kukurydzą :> Aż sobie chyba jutro ugotuję ten fantastico zestaw :>

101. 102.Łyżka z rowerem jest? JEST :D Reklama Fiorda musi być ;) Namiot na noc rozstawiony…

103.Tyle, że noc wtedy do nas nie przyszła ani na sekundę :) Było cudnie :)

104.Ostatni dzień w Norwegii to odwiedzony Narvik… istna komuna… nie polecamy! I to tu Magda się zorientowała, że zajumałam jej szampon… ale sama zorientowałam się chwilę przed nią ;) W miejscu gdzie bliżej było na biegun północny niż do domu… <3105.I tu pożegnałyśmy się z naszymi kochanymi Francuzami, oraz z piękną Norwegią… Znów miałam wątpliwość czy złapiemy stopa…bo na Francuzów czekałyśmy można powiedzieć dobę… a tu pierwsze auto..i jedziemy do Finlandii! Jeśli kiedyś przyjdzie mi mieszkać w innym kraju, będzie to zdecydowanie Finlandia :) <3

106.

Trolltunga czyli Język Trola

Nadeszły wreszcie te dni, gdy w pełni mogłyśmy poczuć norweskie piękno przyrody. Wyjechałyśmy za miasto, przez Voss do Tyssedal, stamtąd już w stronę wejścia na szlak, wąską krętą ścieżką, gdzie wyminięcie się dwóch aut było cudem. Dotarłyśmy wieczorem do miejscowości Skjeggedal gdzie rozbiłyśmy nasz namiot. Z każdym kolejnym kilometrem noc przychodziła do nas później, co raz częściej trzeba było się pilnować by o słusznej porze pójść spać.Tu podzielę naszą historię na kilka etapów.

1. Przednocleg.

Tego wieczora poznałyśmy trójkę sympatycznych duńczyków. My trzy, ich troje, już po pierwszych 5 minutach miałyśmy podzielone, który z nich będzie czyim chłopakiem :P Z faktu, że my wysiadłyśmy ze stopa, a oni zeszli z gór, nasze stroje nieco się różniły.. gdy zobaczyli mnie w sandałkach zupełnie niesportowych, letnich spodniach i bawełnianej koszulce to spytali z politowaniem – czy my chcemy tak tam wchodzić. Jak to pozory mogą mylić! Ciężar mojego plecaka wynikał między innymi z faktu noszenia ze sobą całego stroju na górską wyprawę. :>

Chłopcy będąc już kilka ładnych dni na górskich szlakach postanowili iść wcześniej spać, starałyśmy się więc dokończyć nasz wieczór w ciszy. Jak wcześniej wspomniałam, upolowałyśmy pizzową promocje, dwie mrożone pizze, każda po 5 zł, co na polskie warunki jest tanioszką a na norweskie jest niczym trafienie 5 w totolotka ;) W naszym wyposażeniu była jedna menażka, butla z gazem oraz moje doświadczenie w przygotowywaniu pizzy na parze w warunkach turystycznych ;) W menażkę wlałyśmy wodę, nałożyłyśmy denko, a na nim grzała się nasza pizza. Niestety pizza była większa niż denko, a my głodne, więc brzegi pizzy roztopić się nie chciały, a my łakomo podjadałyśmy brzegi (co widać po stanie pizzy na poniższym obrazku;) ). Chyba było w miarę smacznie, choć dla mnie noc skończyła się bez snu a z bólem brzucha, gdyż żołądek jeszcze nie był w stanie tego dobra znieść ;) Po pysznej kolacji usnęłyśmy by rano rozpocząć naszą wędrówkę na szczyt.

033.2. Droga na szczyt.

Oj, to chyba mentalnie najdłuższa część naszej wyprawy… Rano po zwinięciu namiotu Magda wyruszyła przed nami, ponieważ dużo wolniej wchodzi i woli samodzielnie pokonywać drogę w górach. Razem z Anią rozpoczęłyśmy wspinaczkę, bo inaczej nie da się nazwać podejścia na pierwszym fragmencie szlaku. Krok za krokiem, zza ciężkim plecakiem, pot lał nam się z czoła, ludzie z gorszą kondycją stawali na drodze ciężko sapiąc, bo chyba nikt się nie spodziewał, że „niedzielny spacerek” na najbardziej znaną, przez co obleganą skałę w Norwegii, może być tak ciężki. W Skandynawii nie istnieje znane u nas oznaczanie szlaków, tam w ogóle starają się nie ingerować w przyrodę i chwała im za to. Niemniej jedną z metod kontroli siebie czy nadal się jest na szlaku, poza podążaniem za tłumem, są tabliczki odliczające kilometraż. Dowiedziałam się o tym gdy spotkałam pierwszą. Z daleka miga mi symbol szlaku, ja już od godziny jak nie lepiej się wspinam, podchodzę do znaku i jawi mi się taki oto napis:

034.W głowie krzyczał mi tylko głos „co?!, przecież już idę tak długo!”. No ale niestety, skały, stromizna, ciężki plecak robią swoje, choć ludzie bez obciążenia nas nie wyprzedzali. Obok tabliczki płynął strumyk, usiałam więc koło niego czekając na Anię. Zrobiłyśmy sobie odpoczynek oglądając turystów i ich reakcje na tabliczkę ukazującą ile już przeszli. Nie wiem, ale domyślam się, że poznałam słowo „fuck” w wielu językach :P Wzięłam też od Ani część namiotu. Może nie skaczę po górach jak kozica, ale mogę iść kilometrami z dużym obciążeniem. Tak wtedy mi się jeszcze wydawało, ponieważ w Rydze stawy w kolanach powiedziały „mięśnie to może masz, ale metryki nie oszukasz, kolan tak tyrać nie wolno”.

035.Od rzeczki czekał na nas już płaskowyż. Nie wiem czy dobrze używam tego słowa, ale teraz przez kilka kilometrów szłyśmy po płaskim i uroczym terenie. Wyszłyśmy z lasu, rozpościerał się przed nami widok na góry, śnieg w oddali. Dogoniłyśmy Magdę. Wspólnie doszłyśmy do wniosku, że trzeba ubrać coś na głowę, bo mimo, że to norweskie lato to słońce całkiem ostro zacina. I tak oto trzy babuszki wyruszyły dalej.

036.

Z każdym kilometrem, i kolejną osiąganą tabliczką, serce biło szybciej, nie tylko ze zmęczenia, ale i z radości, że już niedługo ujrzymy wspaniałą skałę, choć pewnie z naszymi lękami na nią nie wejdziemy… ;) Po przejściu części płaskiej przyszła kolej na skaliste podejście, mniej strome niż to na początku, ale znów pod górę. To właśnie tam z góry lało się na nas słońce a pod stopami, pierwsze raz w życiu, w lipcu, miałyśmy śnieg! :)

037.Magda znów szła przed nami, więc z Anią mamy zdjęcia takie jak to powyżej a M. ma selfi za selfi ;) W pewnym momencie słyszę od Ani, że widzi Magdę z przodu i że leży na śniegu. Pomyślałam – pewnie się świetnie bawi i robi tak zwane „aniołki”. Gdy już i ja ją zobaczyłam była w fazie zdjęcia plecaka, rzucania nim przed siebie i próbie przyczłapania się do niego nie ześlizgując się w dół. Dla nas być może było to zabawne, ale M. zdecydowanie sporo złości włożyła w tę akcję. Dlaczego tak się stało? M. przed wyjazdem na wyprawę…zgubiła buty, spore, masywne treki zdematerializowały się. Szukała ich sporą ilość czasu, ale bezskutecznie, co poskutkowało wzięciem w podróż starych, startych butów. Ślizgały się więc, miały dziury, ale o dziurach jeszcze napiszę gdy dojedziemy bardziej na północ :)

038. 039.

040.Jak to słychać na yapie – góry to nasze spiętrzone marzenia. No i coś w tym jest. Widoki wspaniałe, dlatego w drodze na szczyt zrobiłyśmy sobie przerwę, niby na chwilę, cyknęłyśmy foto i popadłyśmy w drzemkę. Może było to 30 a może 60 minut… nie pamiętam, ale słońce grzało nas cudnie, co w chwili pisania tych słów i obserwowania za oknem czarnych burzowych chmur przeplecionych śniegiem, jest wspaniałym wspomnieniem :) Wracając jednak do postoju oto zdjęcie zrobione samowyzwalaczem w aparacie stojącym na moim plecaku, i wierzcie mi, to najlepsze zdjęcie z tego miejsca, gdyż przechodzący wtedy obok nas turyści jakoś nie chcieli stanąć na wysokości zadania :P

041.I jest! Moja ulubiona tabliczka! Czekałam na nią :> Teraz już ostatnia prosta. Dostałam dodatkowej energii i ruszyłam przed siebie na szczyt! Gdy już stałam i podziwiałam widoki podszedł do mnie pewien turysta i spytał się czy wiem, że jestem cała oparzona. Zbagatelizowałam jego słowa, przecież nigdy nie stosuję kremów, zawsze pięknie się opalam,a teraz jestem w Norwegii, gdzie lato może się chować przed naszym… Nic bardziej mylnego! Skandynawskie słońce jest może nie tak gorące, ale za to piekielnie ostre…

042.3. Szczyt.

Miałyśmy wejść, przenocować i następnego dnia ruszyć dalej, dzięki mapie, którą dostałyśmy od duńczyków. Skończyło się na tym, że spędziłyśmy na skale cały dodatkowy dzień, ale było warto, bo mogłyśmy całą sobą chłonąć otaczające nas piękno, w pełnym słońcu jak i o zachodzie i w nocy, a o każdej porze dawało to nam inny rodzaj piękna :) Ale po kolei! Pierwszym punktem naszej wycieczki było oczywiście zrobienie sobie zdjęcia na skale. Okazało się, że skała nie jest taka straszna bo język jest wysunięty pod lekkim kątem do góry, co daje poczucie bezpieczeństwa.

043.Gdy pierwsze fotki zostały cyknięte, dziewoje ruszyły na poszukiwanie dobrego miejsca na namiot, a mi przypadło w udziale pilnowanie dobytku. Gdy tak leżałam zagadały mnie dwie turystki z wilczurem, a może turystki to złe określenie? To były dwie kobiety będące niczym Tomb Raider. Poczęstowały mnie kiełbasą z renifera. Miałam trochę wyrzuty, bo to takie ładne zwierzę, jeszcze go na żywo nie widziałam, a mam już je jeść… Zaspokoiłam ciekawość, zjadłam plasterek, a potem do końca dnia nie mogłam pozbyć się z ust tego obrzydliwego smaku. Zdecydowanie nigdy w życiu nie zjem więcej renifera!

047.046.Gdy już dziewoje wróciły i wiedziałyśmy gdzie rozbijemy obozowisko zabrałyśmy się za gotowanie obiadu. Gdy skończyłyśmy większość ludzi już zeszła ze skał, a my mogłyśmy zrobić sobie całą sesję pamiątkowych zdjęć, bo miejsce to jest niezwykłe. Namiot nasz stanął za skałami, ale z widokiem jak na zdjęciach powyżej. Gdy już się rozpakowałyśmy wyszłyśmy na górską polanę by zagrać partię w tysiąca, tak dla odmiany ;)

048. 049.Gdy tylko słońce zaczęło chylić się ku zachodowi odczułyśmy chłód. Pewnie też dla tego,że zostałyśmy spalone słońcem. Wiatr się wzmógł, a my zakładałyśmy na siebie kolejne warstwy. Otaczała nas cisza, piękno, a od pewnego momentu zachód słońca…

050.…a przy zachodzącym słońcu najlepiej widać zdobyczną opaleniznę, albo spaleniznę buraczanej gęby ;)

052.Gdy już zrobiło się odpowiednio ciemno, choć to słowo nieco nad wyraz, Ania udała się do namiotu zaznać snu, a my z Magdą usiadłyśmy na polanie z ukulele i prześpiewałyśmy przy księżycu pół naszego śpiewnika. Bardzo dobrze wspominam ten wieczór, tak ciepło na sercu się robi, bo lubię góry, Magdę, śpiewanki, i chłonąć przyrodę. Szkoda, że Ania poszła już spać, ale to był jej jednorazowy wybryk ;) w sensie opuszczenie śpiewanek ;)

053.Powyższe zdjęcie jest robione nocą ;)

Następnego dnia wykurzyło nas z namiotu słońce. Gdy dodreptałyśmy do naszej skały zobaczyłyśmy 40 osobową kolejkę do zrobienia zdjęcia. Masakra! Jak to dobrze, że na górę wdrapałyśmy się z całym sprzętem i mogłyśmy podziwiać przestrzeń prawie samotnie. Poza nami było jakieś 5 par, ale namioty tak daleko od siebie, że człowiek czuł się swobodnie :) Cały dzień minął nam na niczym, trochę gotowania, trochę leżenia, trochę tysiąca… i dużo uciekania w cień! Moje całe ramiona tak mnie bolały, że noszenie bluzki z długim rękawem stało się koniecznością. Magda zrobiła artystyczne zdjęcie połączenia mapy od duńczyków z krajobrazem zastanym :)

051.Wieczorem na szczyt wdrapało się dwóch Niemców. Tak przechodzili koło nas, coś tam zagadali, potem minęłam ich na spacerze, ale mnie nie rozpoznali bo spytali się czy jestem tu sama.. Zaprosiłam ich na herbatę do nas, znaczy przed nasz namiot. I tak od słowa do słowa poplotkowaliśmy sobie cały wieczór…aż do chwili gdy znów zaczęło chować się słońce, wzmógł się wiatr, powiało chłodem, a chłopaki… nie mieli nic ze sobą! Pomyśleli, że skoro na dole takie skwary to wezmą tylko śpiworki i kimną się gdzieś między kamieniami. Jako, że jestem zmarzluchem to miałam ze sobą sporo ciepłych rzeczy, więc się z nimi podzieliłam. Oczywiście ich męska część kazała odmawiać, to dostali je z adnotacją, że nie muszą używać i sobie mogą podłożyć pod głowę. Fajnie potem było mieć bluzę ładnie męsko pachnącą ;)

054.4. Zejście.

Dnia trzeciego, niestety wcale nie tak z rana, nastąpiło zejście. Magda wystrzeliła pierwsza, a pół godziny po niej ja z Anią. Zabawnym było, że nie pomyślałyśmy, iż jedzenie mamy podzielone… I gdy na postoju chciałyśmy zjeść to został nam chleb z cukrem… W sumie gdyby Magda była obok za wiele by to nie zmieniło, bo wtedy po prostu miałyśmy jedzenie na wykończeniu ;) Schodziłyśmy do miejsca gdzie na dole mieli czekać na nas poznani Niemcy. Okazało się bowiem, że zapewnienia Magdy, że jej aparat pomieści 2000 zdjęć są nieprawdziwe i w chwili cykania fotek na szczycie zapchała się nam karta. Nasi nowi koledzy jednak mieli zaparkowanego busa na początku szlaku, a w nim czekał na nas laptop. Zdjęcia zgrane, a my uratowane! Ale na tym nie kończyła się dobroć naszych kumpli, ugotowali oni także obiad dla nas, w podzięce za wieczorną herbatę. Zdjęć z tego dnia nie ma, gdyż siąpiło i kropiło, a na dole, byłyśmy po prostu zbyt padnięte by jeszcze strzelać sobie fotki ;) Za to o chłopcach zdań kilka chciałam napisać. Wyruszyli oni w 4 tygodniową podróż busem po Norwegii. Na dachu mieli kajaki, a z tyłu auta rowery. W ogóle to są rowerowymi maniakami, dlatego pewnie ich tak dobrze wspominam :) Rowerami śmigali całkiem sporo podczas wyprawy. Kajaki użyli raz. No ale chęci były ;) Są przyjaciółmi od wielu lat. Spytałam ich co robią gdy się pokłócą, w końcu tyle czasu non stop ze sobą to może być ciężko… Powiedzieli, że to żaden problem. Pomilczą gdy jest spięcie, a potem dalej gra gitara. Fajne chłopaki :) Zwieźli nas po obiedzie i kąpieli w jeziorze do Tyssedal, gdzie nasze drogi się rozeszły. Oni na południe do domu, a my zaczęłyśmy łapać stopa na północ – znów w kierunku Voss :)

Les 2 Alpes

Pewnie wciąż źle wymawiam nazwę tego narciarskiego ośrodka, niemniej wspomnienia mam zacne, ale nie do końca o nich chciałam. Chodzi mi po głowie pewien fenomen przemieszczenia się. Gdy tylko wsiadłam do autokaru i ruszyłam w 24 godzinną podróż poczułam rozlewające się po ciele szczęście. To była chwila gdy uświadomiłam sobie, że gdzieś jadę, że krajobraz się za oknem zmienia, że mimo zabieganego każdego dnia udało się wyrwać 10 dób by pobyć gdzieś tylko dla siebie. Nagle wszystko okazuje się takie proste, wystarczyły 2 kilometry trasy i już sobie przypomniałam jakie to szczęście być w drodze i że umiem wyrywać tyle wolnego ile się da by po prostu się przemieszczać. Czuję, że się plączę w słowach a i tak nie oddaję tego uczucia, które mnie wtedy wypełniło. Może to są takie uczucia, których nie da zamknąć się w słowne ramy… Niemniej – DROGA – to jest to :)

DSCF8957Po fascynującej podróży z autokarem pijanych ludzi dotarliśmy do francuskiego miasteczka Les 2 Alpes. Miasteczka gdzie odbyłam kolejną podróż – międzyludzką. Od niechęci, a czasem wręcz wstrętu do niektórych, wraz z kolejnymi dniami doszłam do stanu gdzie mogłam użyć w chwili powrotu do domu słowa „tęsknię”. Trochę się przywiązałam do współlokatorów oraz innych narciarzy, rozśmieszali mnie, wzruszali i zaskoczyli wewnętrznym bogactwem. To był dobry czas łamania stereotypów. Serio ich polubiłam, podłapałam fazę wyjazdowych hasztagów no bo przecież wszystko jest #zawszespoko ;)

DSCF8994A same narty? Drugi w życiu wyjazd w góry na białe szaleństwo przeżyłam, bo byłam lepiej przygotowana. Już wiedziałam, że wypada zabrać kask i nieprzemakalne ciuchy ;) W tym roku nauczyłam się kolejnej ważnej rzeczy, że mimo zwiększonej prędkości suma bólu jest mniejsza. Za wolno upadając narty nie zawsze chcą się wypiąć wykręcając nogi – dlatego też tylko raz doświadczyłam tego typu upadku ;) Dwukrotnie koziołkowałam po stoku z dużą prędkością, bo przecież nie chciałam być sama na stoku i musiałam gonić moich współlokatorów – instruktorów. Tu wnioski mam dwa. Szybkości się może nie boję ale umiejętności me marne wywalają mnie przy skręcie na lodzie w trybie natychmiastowym, że nawet nie pomyślę, a już zrobię potrójnego tulupa. Drugi mówi o tym, że po drewnie i materiale narty już tak ładnie nie jeżdżą. Obie nauki pozostawiły mi obite całe barki i naciągnięty kark, bym za szybko o nich nie zapomniała. Z faktu, że lubię się uczyć to muszę stwierdzić, że szybkie upadki #zawszespoko, a na kolejny raz dowiem się jak wzywa się pomoc gdy się zdycha na stoku :P
DSCF8987Mistrzem wyjazdu bezsprzecznie zostaje Szarki grający w Tabu. Tak jak Szarki idealnie psuje każdą grę – rozkminia ją jakimiś algorytmami i potem zawsze wygrywa psując trochę innym zabawę, tak w Tabu drużyna, w której był Szarki, była poważnie zagrożona, bo np.:
Wydobywa się w Wieliczce – węgiel.
Poluje się (albo zabija się je?) na nie w lesie – grzyby.
Wisi na ścianie – okno.
Zapomniałam reszty… czuję, że to wielka szkoda dla Świata… Choć pomysł Tomka by na hasło „pielgrzymka” dać podpowiedź „krzyżacy je robili” też jest godna zapamiętania ;) Dobrze, że chłopaki grali w tym samym teamie ;)

DSCF8998Cały taki wyjazd to jedna, fajna przygoda :) A nieszczęścia zawsze chodzą parami ;)

Chatka Górzystów czyli śpiewanki i naleśniki.

Zaczynam powoli gubić się ile było już „edycji” chatki, ale ogromnie się cieszę, że mogę próbować się doliczać, bo to znaczy, że trwa coś fantastycznego – moi bliscy raz do roku zjeżdżają się do Chatki Górzystów, za dnia chodzimy po górach, wieczorem jemy super naleśniki a całe noce śpiewamy przy gitarach. Chatka to miejsce, które mnie wzrusza, bo to niesamowite, by tylu ludzi mi bliskich zbierało się w jednym miejscu. Fakt, że mogę na nich patrzeć, słuchać ich, być obok – czyni mnie mega szczęśliwą :) Brak mi słów by napisać coś więcej.

DSC03553Chatkę odkryliśmy z Kaczorem przypadkiem… 16 kwietnia 2011 roku, po odwiedzinach niedziałającej już od lat bazy w Złotym Potoku. Chatka urzekła nas od wejścia. Kilka grupek ludzi skupionych w około ognia i gitar, gwar, śmiech, radość. Było tak miło, swojsko. Postanowiliśmy, że do Chatki musimy zabrać naszych najbliższych :)
20110417030W październiku tego samego roku ruszyliśmy z pierwszym podbojem chatki. Wypadło to na trzeci weekend października, i tak już zostało. Myśl była prosta – jeśli ktoś za 20 lat pomyśli – pośpiewałbym w górach – to może wpaść do chatki w trzeci weekend października – my tam będziemy :) Rezerwacja na nazwisko Rędzikowska ;)
Zdjecie0204Druga edycja chatki odbyła się w składzie poszerzonym o Wrocław i Warszawę. Najbardziej zabawny jest fakt, że rok wcześniej byliśmy również razem w chatce, tylko, że wtedy się jeszcze nie znaliśmy. Poznaliśmy się w grudniu by móc w następnym październiku pojechać razem. Przypadek? Nie sądzę ;)

DSC_0441 DSCF2492Trzeci raz, w październiku 2013 upłynął pod znakiem pięknej pogody i pięknych zachodów słońca. Śpiewaniu nie było końca, szczególnie,że dołączyli do nas kolejni gitarzyści z Gdańska. A Dyga Dyga pom pom…oraz cała ekipa położnych :) To również niesamowite, że tylu gdańszczan potrafi przejechać całą Polskę, czasem tylko na jedną noc. Czyż oni nie są wspaniali? :)

DSC03541 DSC03548 DSC03580aa DSC03604Raz trzy i pół odbył się na koniec lutego – był to nowy projekt – chatkowanie zimą – na biegówkach. Zebraliśmy ekipę z chatki numer trzy i ruszyliśmy w weekend gdy odbywał się bieg Piastów. Napotkaliśmy tylko jeden problem i nie był to fakt, że nikt z nas nigdy na biegówkach nie jeździł ;) Nie było śniegu…(tylko wysoko na Śnieżce – skąd zdjęcie). Powędrowaliśmy więc trochę po górach, noce prześpiewaliśmy i zaczęliśmy szykować się na październik :)

IMAG1030Doszłam teraz do naszej ostatniej wizyty w chatce, kolejnej przełomowej. Pierwszy raz z Łodzi przyjechał ktoś więcej niż tylko ja i Paweł. Przyjechały nas ze trzy samochody i ktoś się kopsnął PKP. Do tego przyjechały dwie mamy. Łódź się czaiła, a jak się przyczaiła to zaatakowała po całości ;) Ewa z Szarkim cieszyli się, że pomimo rocznej nieobecności ludzie ich pamiętali. A dla mnie to takie oczywiste – jak można zapominać tak fantastycznych ludzi? No nie można :) Ostatnią chatkę wygrywa niebo i gwiazdy w piątkową noc. Takiego cudu nigdy nie widziałam. Nie można tego opisać. Trzeba to przeżyć. Jak kurs ;)

IMG_4048 OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Każda chatka wiąże się dla mnie z inną przygodą, niemalże innym środkiem transportu, od PKP,PKS przez autostop po mojego Piotrka, którego ostatnim razem odpalałam od samochodu Supła. Zawsze wracając z chatki opowiadam spotkanym ludziom o tym niesamowitym dla mnie miejscu i czekam dnia, gdy ktoś z nich właśnie wtedy się w chatce pojawi. Nie mój znajomy, ale właśnie taki przechodzień… „Dom mój otworem stoi dla takich jak Wy”, a Chatka, to trochę taki mój dom w górach. Pierwszy raz użyłam takiego określenia względem chatki, aż coś się we mnie poruszyło.

DSC03626Chatka to dla mnie synonim szczęścia i przyjaźni, gitary, klimatu, bliskości i ciepła. Chatka to dobro jakby powiedział Kowlak. Do chatki zapraszam – trzeci weekend października :)