Lizbona! i fado… <3

Tramwaje legendy i smutne zaskoczenie… wzgórza i wzgórki, jazda stopem do centrum, klasztor Hieronimów, grób Magellana (serio, to niesamowite uczucie stać obok grobu takiego wielkiego podróżnika!), dużo na pieszo, foch Ani, zimna kawa, pominięcie najlepszych ciasteczek, wodna brama do miasta, w poszukiwaniu Fado, zakochana w muzyce, nocne, gorące, wąskie uliczki, powrót po nieudanym stopie, uczymy Ritę, naszą hostkę autostopu w Europie, babski międzynarodowy wieczór przy winie, norweskie zarobki i taki sobie wyjazd do Brazylii, włoski chłopak z siłki, skwar i upał, dziwny chłopak na stopa, Polak na wylotówce, pierwsza Portugalka bierze nas na stopa, początek września i 32 w cieniu i to chyba koniec haseł, które na pewno kiedyś rozwinę ;)

Ale Lizbona to przede wszystkim Fado <3 smutne piosenki o miłości wykonywane przy akompaniamencie specjalnego instrumentu. Przeżycie i emocje.

50. 51. 52. 53. 54. 55. 56. 57.

Reklamy

Fatima, Batalha i basy :)

Niespodziewanie trafiłyśmy tutaj… bo zamiast w mieście Batalha, nasz host tę noc spędzał w hostelu w Fatimie, ponieważ nim zarządzał. Chwilę robiłyśmy za informację turystyczną, zwiedziłyśmy wielkie sanktuarium, obejrzałam milion pierdół-pamiątek, które się wciska pielgrzymom i znalazłam pierwsze ulotki w ojczystym języku :D Zobaczyłam ludzie idących klęcząca drogą z intencją do Boga, płakali, wspierali się o bliskich… wiara to jednak ma moc, a nawet dalej, nasza głowa, psychika, jak ona nami rządzi… w końcu nie bez przyczyny nasza wędrownicza watra największy płomień ma poświęcony sile ducha!

46. 47.Nasz host to kolejna osoba gdzie pozory nas mega zmyliły… odebrał nas z dworca (tam dojechałyśmy stopem, nie, nie, nie korzystałyśmy z transportu publicznego ani razu! :)) niski, bladej cery, Portugalczyk. uraczył nas domowym winem i kurczakiem z kiosku. Opowiedział o rodzinnym biznesie hostelowym i ugościł w jednym z pokoi. Był specyficzny, a hostel zatrzymał się w PRLu, zdecydowanie. Następnego dnia podwiózł do Batalhy, bo sam był w drodze nad Ocean. A Batalha? Kolejna budowla mega na wypasie! Ciągle powstrzymuje się od architektonicznego bełkotu, bo kto nie lubi nie zrozumie, a kto lubi, wiem, że tam kiedyś pojedzie i sam tego doświadczy, bo architekturę można równie mocno doświadczać jak religię, bo ona tez wpływa na emocje, mówi do nas, opowiada o królach, władzach, księżach, zakamarkach, wojnach… O wszystkim. Snuje domysły i pobudza wyobraźnię. Architektura jest magią :)

48.Poszłyśmy dwa kroki za miasteczko, trochę czekałyśmy na stopa… ale w pewnym momencie dwa auta zablokowały cały przejazd, bo serio, Portugalczyk zatrzyma się wszędzie :D Gość z pierwszego auta mówi, że nas tym drugim autem zawiozą. Nie mówią po angielsku, ale mają cały bagażnik zajęty głośnikiem, więc przez resztę drogi do Lizbony czarrrrne basy pochłaniają nasze ciała :P

49.

Coimbra – studenckie miasto i najwspanialsza biblioteka.

Twórczość mnie ogarnęła, i ostatnie posty popełniłam długie… czas wrócić do skrótowych myśli, bo przecież czasu nie ma… czas szykować kolejną wyprawę :)

35. 37. 38.Coimbra to mieszkanie z właścicielem klubu crossfitu, wielkim koksem, ale z mega dobrym sercem. Mieszkamy w jego 3 piętrowym domu, na wzgórzu za miastem, podziwiamy widoki, oglądamy nocą w 80 dni dokoła świata, chłoniemy wieczór, i gospodarujemy domem same, bo on jednak wyjechał dzień wcześniej na szkolenie do Anglii. To jest właśnie magia zaufania na couchsurfingu, w podróży… Niby obcy, ale połączony z nami pasją podróży człowiek, zostawia nam wielki dom dyspozycji, i mogłybyśmy tam mieszkać cały kolejny tydzień :)

40. 41.A Coimbra to poza piękną starówką z pięknymi kościołami, przede wszystkim najstarszy Uniwersytet w Portugalii z MEGA piękną Biblioteką. Oglądaliście kiedyś bajkę „Piękna i Bestia”? Pamiętacie moment gdy Bestia pokazuje Belli jego bibliotekę? Tak właśnie czuje się człowiek wchodzący do biblioteki w Coimbrze… tego nie da się opisać słowami, zapiera dech w piersiach :) Szczególnie jak się zwiedza ją samotnie :)

39.Coimbra to też miasteczko z Pomnikiem Baden-Powella! Idziemy obrzeżem miasteczka…
– Ej, on wygląda z daleka jak Baden-Powell!
…kilka metrów dalej….Bo to jest Baden-Powell! :D

A nasz host też był kiedyś harcerzem! <3

36.

Porto – miasto mgły i mostów :)

Nie znalazłyśmy tu hosta, ale bardzo chciałyśmy zobaczyć to miasteczko na wzgórzach. Nogi schodziłyśmy.Zobaczyłyśmy pierwsze Azulejos – czyli ceramikę ozdobną na elewacjach i dekoracjach wewnętrznych oraz spróbowałyśmy portugalskiego przysmaku – i serio – jest pyszne!! :) Babeczki kruche z budyniem w środku :) A w ogóle! To wciąż zapominam stwierdzić to głośno, że uważam, że zasługuję na sprawność mistrzowską – mistrze selfi – wyrobiła się na tyle, że za pierwszym cyknięciem pięknie kadruję zdjęcie – jesteśmy i my i tło! I to już od kilku ładnych postów ;))

27. 29.Noc spędziłyśmy pod namiotem między biurowcami, i to tylko dzięki Ani, bo ja już załamana sytuacją i zmęczeniem chciałam usypiać w budce telefonicznej :P Ale od początku… podobno Bombejros (uwielbiam tę nazwę :D ), czyli tutejsi strażacy, nocują pielgrzymów. Chodziłyśmy więc od drzwi do drzwi remizy w poszukiwaniu kawałka dachu nad głową, niestety nikt nie chciał nam pomóc. Chociaż nie, jeden strażak wykazał się inicjatywą, oraz dobrą znajomością angielskiego, bo był na Erazmusie…chyba nawet w Polsce jeśli mnie pamięć nie myli, w Krakowie… niestety jego przełożony nie był tak empatyczny i nas wyprosił. Dobry strażak pokierował nas do bezpiecznego paku, gdzie spokojnie możemy się rozbić. Może i by było spokojnie, ale jak dotarłyśmy to zastałyśmy park otoczony wysokim murem, z zamkniętymi bramami, a obok niego, budkę telefoniczną, gdzie stwierdziłam, że już nigdzie więcej nie idę :P Na szczęście, co jest wielkim plusem podróżowania grupowego, Ania miała jeszcze trochę zapału i nie pozwoliła mi tam zostać. W hostelu chcieli 40 euro za noc (śmieszni są :D), a na klatkę schodową nikt nas nie chciał wpuścić. Rozbiłyśmy się więc na pasie szerokości 1,5 m zadrzewionej zieleni, pomiędzy biurowcami, w końcu wciąż byłyśmy w dużym mieście… Z powodu lokalizacji, już o 7 rano miałyśmy zwinięty namiot… dzięki czemu mogłyśmy powitać świt nad rzeką, z widokiem na wynurzające się z mgły mosty :)

30. 32. 33. 34.Z Porto wyszłyśmy pieszo na wylotówkę i tak w sumie się działo przez całą zachodnią część wyprawy. Ani razu nie wsiadłyśmy do autobusu co również miało wpływ na to, że 4 tygodnie w gorących krajach kosztowały mnie ze zwiedzaniem, noclegami, jedzeniem, 400 zł :) Ale wracając do wylotówki, to spotkałyśmy tam dwie Niemki, trzeba więc było poczekać aż one coś złapią, a stały ponoć od rana… Po jakimś czasie zrezygnowały z dalszego łapania a my zajęłyśmy ich miejsce, bez pobocza, z wylotem na autostradę, ale nie było innego… Co to za różnica dla portugalczyka? Oni zatrzymują się wszędzie! Oczywiście, o ile tego chcą… A z reguły nie chcą, bo boją się autostopowiczów, myślą, że chcemy ich zabić :P serio :/

Zatrzymuje się w końcu dwóch motocyklistów, z takimi przyczepkami z boku i chcą nas zabrać nad Ocean… a my… głupie… odmawiamy, bo przecież cel na dziś to Coimbra, czego żałujemy już 2 minuty po tym jak odjechali chłopcy na motocyklach… Niemniej był to jednak początek szczęścia, bo chwilę później zatrzymuje się biznesmen z synem, którego wiezie właśnie na uniwerek do Coimbry, na egzaminy wstępne na uczelnie. Ojciec świetnie mówi po angielsku, a my możemy dowiadywać się pierwszych faktów o portugalskiej kulturze :)

28.

PORTUGALIA i ocean – czyli cel osiągnięty!

Tak, tak… to Portugalia nas ciągnęła na wyprawę w ten rejon Europy, to ją chciałyśmy zwiedzić najpilniej i chyba nam się udało ;) Do tego spełniłyśmy kolejne marzenie – wykąpałyśmy się wreszcie w Oceanie! Wcześniej nie było to możliwe ze względu na północne temperatury, ale tutaj… w słonecznej Portugalii? :>

24.Łapiąc stopa z Leon do Portugalii pamiętam, że nadrobiłyśmy trochę kilometrów, bo ludzie chcieli być pomocni, a ja próbowałam im ufać, bo to oni są z tego kraju… ale po tej wyprawie już nigdy nie zwątpię w swoje umiejętności czytania map :D Na pewnym postoju, znów w środku pustyni, zabrał nas kamper z młodymi chłopakami w środku. Średnio mówili po angielsku ale trochę sobie pogadaliśmy :) Młodzi, wysportowani trenerzy tenisa z Madrytu, jechali poserfować na najlepszą plażę w Portugalii, na północy. Nie tam chciałyśmy tego dnia dotrzeć, ale kto by nie chciał z nimi pojechać nad Ocean? ;) A na miejscu zrobiłyśmy fotki poglądowe naszego noclegu – proszę państwa – oto nasz hipsterski namiot :D (a na sznurku obok już się suszą nasze rzeczy ;) )

25. 26.Na miejscu spotkałyśmy się z ich szefem, który prywatnie jest ich kumplem. Ja pouczyłam na gitarze grać naszego kierowcę, a oni chcieli nam pożyczyć swoje deski, byśmy poserfowały w Oceanie. Dla nas wystarczającą radością było skąpanie się w nocnym Oceanie, bo było spontanicznie i na szybko, że nie zdążyłyśmy odczuć zimna ;) Rano już nie udało się tego powtórzyć, siedziałyśmy na plaży, słuchałyśmy szumu fal i podziwiałyśmy przestrzeń :) Z plaży wywieziono nas do miasteczka nieopodal, choć namawiali nas tenisiści na weekend z nimi :) Znam tylko jedną piosenkę po hiszpańsku, więc dłużej już nie można było z nimi grać ;) Natomiast z miasteczka nieopodal bierze nas portugalczyk, ni w ząb nie mówi po angielsku, a portugalskie nie jest aż tak podobny do hiszpańskiego, szczególnie dla takiego początkującego leszcza, jak ja ;) W końcu nasz kierowca dzwoni do syna, by ten powiedział nam po angielsku, że nasz kierowca, ma córkę, która jest sławną, portugalską śpiewaczką operową :) Całą drogę próbował się nią pochwalić. To niesamowite jak nasi rodzice żyją naszym życiem, jak potrafią być z nas dumni :) Wciąż się łudzę, że kiedyś usłyszę od mojego ojca słowa „jestem z Ciebie dumny”, chociaż ze zwykłego „kocham Cię” też bym się ucieszyła, bo niby wiem, że mnie kocha, ale jednak fajnie byłoby to usłyszeć ;)

Leon – miasto rowerów <3

Kilkukrotnie podczas podróży mogłam doświadczyć rowerowania, tym razem wreszcie udało się rowerować grupowo – nasz host dysponował miejskim, kolarką i rowerem mtb (jeśli dobrze pamiętam) – dla każdego było coś dobrego :) Zabrał nas na wycieczkę kawałek od centrum, by pokazać gdzie żyje Leon, a nie pielgrzymi i turyści. Tam dostąpiłyśmy nauk rytualnego nalewania i picia cydru oraz obserwowałyśmy hiszpańskie popołudnie.

21. 22. 23.Za dnia zwiedzałyśmy miasteczko, piękną katedrę z niesamowitymi witrażami, imponującą konstrukcyjnie i historycznie. miasteczko skąpane w zachodzącym słońcu do dziś budzi we mnie zachwyt :) Noce przegadaliśmy z Javierem na temat jego rowerowych podróży po świecie oraz nowego biznesu jaki rozkręca – jaskini serów :) Mam szczerą nadzieję, że interes pięknie mu kwitnie, bo to dobry chłopak jest :)

16. 17. 19. 20.Jednak należy też wspomnieć o mnie zabawnej części wycieczki do Leon – przybyłyśmy tu noc wcześniej niż planowałyśmy, więc poszukałyśmy noclegu wraz z pielgrzymami – skoro i tak wszyscy myślą, że nimi jesteśmy :P Ale nie zrobię tego nigdy więcej – spanie na sali grupowej przypomniało mi koszmary z Bieszczad, gdy w najdalszym kącie sali spał ktoś tak głośno chrapiący, że ani to wstać, ani usnąć, tylko łzy nieszczęścia i bezradności nalewają się do oczu :P W ramach opłaty noclegu rano dostałyśmy śniadanie – chleb z dżemem. No szału nie ma, ale za to widok zza murów był piękny… zza, ponieważ o 22 już wszyscy musieliśmy leżeć w łóżeczkach ;)

18.1 18.

Z podróży po półwyspie Iberyjskim nie robiłam niestety notatek, więc opisać mogę jedynie to, co zostało w głowie, a zostało to, co wzbudzało emocje. Im dłużej coś opisuję tym bardziej otwierają się zakamarki pamięci, przypominają kolejne fakty. Ktoś mi wczoraj tłumaczył jak działa ludzka pamięć i dlaczego na starość otwierają się te klapki w mózgu z zapisanymi szczegółowymi danymi… jeśli starości dożyję i ja i świat i Internet to dopiero wtedy jak pięknie będę mogła uzupełnić tego bloga o szczegóły ;) W każdym razie, jak spojrzałam na zdjęcie to przypomniało mi się, jak w Burgos, miasteczku przed Leonem, złapałam jakiś syf w oku, jęczmień to się chyba zwie. Parzyłam okłady z ziółek, i tym samym zaprzestałam malowania oczu. Tak, w podróży też chce się czasem wyglądać jak człowiek, a do czasu wyprawy byłam trochę uzależniona od malowania rzęs. Zawsze miałam wrażenie, że bez tego moje oczy są takie malutkie… Niemniej, w Leonie odłożyłam używanie tuszu. Gdy wróciłam do Polski i spojrzałam w lustro, byłam już tak oswojona ze swoimi nieumalowanymi oczami, że zaniechałam już na stałe tego procederu, uświadamiając sobie po raz kolejny, że wszystko jest w naszej głowie. We wrześniu, po wyprawie, wróciłam silna wewnętrznie, i patrząc w lustro, nawet bez pomalowanych oczu, czułam się po prostu dobrze ze sobą, dobrze i pięknie :) Ale o wędrówce w głąb siebie napiszę więcej gdy dojdę do postu podsumowującego całą wyprawę :) (jeśli tam dojdę ;) )