Salou – czyli w odwiedzinach :)

W Salou, moja koleżanka z roku zapoznała lat temu już pewnie z 7, swojego aktualnego męża, chłopaka z Chille, mieszkającego na stałe z rodziną w Hiszpanii. Zakochała się i po 4 latach wzięła z nim ślub przenosząc swoje życie w te gorące klimaty :) Odwiedzałam Anię dwa lata wcześniej, będąc gościem i fotografem na jej ślubie. Dziś odwiedzam jej całą rodzinkę :) a śpimy wbrew jej woli na balkonie… no bo tam są resztki chłodu…

83. 82.Dni mijają leniwie, nad gorącym morzem, co jest super odmianą po oceanie; spacerach i kąpielach w basenie :) Ania ugościła nas obiadem, tak po polsku, naleśnikami :) Ale zapomniałam o swoim chorym żołądku, który wtedy był 4 tygodnie bez bólu, no i wszamałam z rozpędu żółty ser… rozłożył mnie na kilka godzin i zanim uświadomiłam sobie, że to przez jedzenie, wpadłam w panikę, że moje leki przestały działać, i że teraz już na pewno nie dojadę do Polski :P

81. 80.

Reklamy

Walencja – architektura i jedzenie :)

Mieszkamy u nauczyciela… kryzys w Hiszpanii, więc on z tej swojej biednej nauczycielskiej pensji wynajmuje samotnie 3 pokojowe mieszkanie… Rozmawiamy o edukacji w kraju, o różnicach i podobieństwach, o jego chęci zostania dyrektorem.

78.Próbujemy Hiszpanię, narodową potrawę wywodzącą się z Walencji – paellę, typowy napój z orzechów występujących tylko tutaj – horchatę oraz specjalne ciastko, które się macza w napoju.

75. 77.Zwiedzamy starówkę, ale też nowoczesne centrum. A ja, niczym gość z butelek z wodą ;), omijam oryginał przystanku, na którym wcale się nie wzorował gość, który zaprojektował w Łodzi stajnię dla jednorożców :P No cóż, będzie trzeba tam wrócić ;)

74. 76.

A droga długa jest… pustynnie jest…

Jedziemy z Granady do Walencji, prawie przez Madryt, z muzułmanami, z przerwą na ich modlitwy… czekamy na stacji w upale, namawiamy kierowcę ciężarówki do złego…nie dał się… a potem się zlitował i jednak wziął nas dwie z tego skwaru przy autostradzie :P (Złe, bo kierowca ciężarówki może oficjalnie wozić tylko jedną osobą, ale już mamy świetnie opanowane chowanie się przed policją ;) )

73.

Granada i Alhambra

To post, do którego na pewno będę chciała wrócić, więc napiszę tylko haseł kilka.

Nasz host – Joaquin – spontanicznie nasz zaprosił, byłyśmy pierwszymi jego couchsurferami, był przerażony i co chwilę dostawał smsy od znajomych czy jeszcze żyje, czy może już go porąbałyśmy na ćwiartki :P (Ci południowcy, coś mają z psychą :P). Joaquin – kolejny przykład, który odmienia swoje życie po wyjściu z długoletniego (12!!) związku. Roweruje, ćwiczy, uczy się zawzięcie angielskiego – bery bery macz! :D Nie wiele pamiętam ze zwiedzania, bo cały dzień skupiłam się na rozmowach z naszym hostem. Niby Hiszpan, a to ja wygrywam opalenizną ;) Mam nadzieję, że się jeszcze kiedyś spotkamy :)

70. 71. 72.A co robiłyśmy w oczekiwaniu na naszego hosta… kolejny tysiaczek :D (kto nie ma szczęścia w kartach… wciąż czekam na spełnienie przepowiedni, by przegrane ciastka nie poszły na marne :D)  Podziwiamy uliczne flamenco… ale po tym co widziałam w Sevilli już chyba żadne inne nie zrobi na mnie wrażenia…

68. 69.

Sevilla, czyli powrót do Hiszpani i największy skwar ever!

To co jest najgorsze w podróżowaniu stopem po Hiszpanii, to nie długie czekanie, ale skwar. To rażące słońce sprawia, że droga się dłuży, nogi wtapiają się w asfalt, a mózg myśli, że stoi na stopa nieskończone godziny… Docieramy we wrześniu do Sevilli, a jedyna pora, by nie umrzeć na ulicy to noc, którą spędzamy i tak w letnich ciuchach.

66.Sevilla pozostawiła mi w pamięci pewną spelunkę, do której nie trafiłybyśmy gdyby nie Domingo, nasz host. Tam właśnie doświadczam najprawdziwszego Flamenco, pełnego bólu i cierpienia, takie przedstawienia, w które wierzę w 100%. Jak to Domingo wytłumaczył, Flamenco ma pobudzać emocje, są ich dwa rodzaje – radosne i smutne – to radosne nie zapada aż tak w pamięć, a to smutne przeszywa się do głębi. Jak dziś pamiętam wyraz bólu wymalowany na twarzy tańczącej kobiety. Był to ból sceniczny, ale tak autentyczny… poruszający… nie mam zdjęć… przeżywałam. Ale mam foto z okna naszego hosta ;) Bo nie wiem czy wiecie, ale w Hiszpanii, bardzo często mają osiedlowe baseny :D My mamy piaskownice na każdym podwórku, a oni czaderskie akweny :P

67.Sevilla to też miejsce gdzie kręcili Gwiezdne Wojny :> a my odwiedziłyśmy najsłynniejszy pub, ale już nie pamiętam dlaczego był określony tym mianem…pamiętam natomiast film jaki o nim oglądałam ;)

PORTUGALIA i ocean – czyli cel osiągnięty!

Tak, tak… to Portugalia nas ciągnęła na wyprawę w ten rejon Europy, to ją chciałyśmy zwiedzić najpilniej i chyba nam się udało ;) Do tego spełniłyśmy kolejne marzenie – wykąpałyśmy się wreszcie w Oceanie! Wcześniej nie było to możliwe ze względu na północne temperatury, ale tutaj… w słonecznej Portugalii? :>

24.Łapiąc stopa z Leon do Portugalii pamiętam, że nadrobiłyśmy trochę kilometrów, bo ludzie chcieli być pomocni, a ja próbowałam im ufać, bo to oni są z tego kraju… ale po tej wyprawie już nigdy nie zwątpię w swoje umiejętności czytania map :D Na pewnym postoju, znów w środku pustyni, zabrał nas kamper z młodymi chłopakami w środku. Średnio mówili po angielsku ale trochę sobie pogadaliśmy :) Młodzi, wysportowani trenerzy tenisa z Madrytu, jechali poserfować na najlepszą plażę w Portugalii, na północy. Nie tam chciałyśmy tego dnia dotrzeć, ale kto by nie chciał z nimi pojechać nad Ocean? ;) A na miejscu zrobiłyśmy fotki poglądowe naszego noclegu – proszę państwa – oto nasz hipsterski namiot :D (a na sznurku obok już się suszą nasze rzeczy ;) )

25. 26.Na miejscu spotkałyśmy się z ich szefem, który prywatnie jest ich kumplem. Ja pouczyłam na gitarze grać naszego kierowcę, a oni chcieli nam pożyczyć swoje deski, byśmy poserfowały w Oceanie. Dla nas wystarczającą radością było skąpanie się w nocnym Oceanie, bo było spontanicznie i na szybko, że nie zdążyłyśmy odczuć zimna ;) Rano już nie udało się tego powtórzyć, siedziałyśmy na plaży, słuchałyśmy szumu fal i podziwiałyśmy przestrzeń :) Z plaży wywieziono nas do miasteczka nieopodal, choć namawiali nas tenisiści na weekend z nimi :) Znam tylko jedną piosenkę po hiszpańsku, więc dłużej już nie można było z nimi grać ;) Natomiast z miasteczka nieopodal bierze nas portugalczyk, ni w ząb nie mówi po angielsku, a portugalskie nie jest aż tak podobny do hiszpańskiego, szczególnie dla takiego początkującego leszcza, jak ja ;) W końcu nasz kierowca dzwoni do syna, by ten powiedział nam po angielsku, że nasz kierowca, ma córkę, która jest sławną, portugalską śpiewaczką operową :) Całą drogę próbował się nią pochwalić. To niesamowite jak nasi rodzice żyją naszym życiem, jak potrafią być z nas dumni :) Wciąż się łudzę, że kiedyś usłyszę od mojego ojca słowa „jestem z Ciebie dumny”, chociaż ze zwykłego „kocham Cię” też bym się ucieszyła, bo niby wiem, że mnie kocha, ale jednak fajnie byłoby to usłyszeć ;)

Leon – miasto rowerów <3

Kilkukrotnie podczas podróży mogłam doświadczyć rowerowania, tym razem wreszcie udało się rowerować grupowo – nasz host dysponował miejskim, kolarką i rowerem mtb (jeśli dobrze pamiętam) – dla każdego było coś dobrego :) Zabrał nas na wycieczkę kawałek od centrum, by pokazać gdzie żyje Leon, a nie pielgrzymi i turyści. Tam dostąpiłyśmy nauk rytualnego nalewania i picia cydru oraz obserwowałyśmy hiszpańskie popołudnie.

21. 22. 23.Za dnia zwiedzałyśmy miasteczko, piękną katedrę z niesamowitymi witrażami, imponującą konstrukcyjnie i historycznie. miasteczko skąpane w zachodzącym słońcu do dziś budzi we mnie zachwyt :) Noce przegadaliśmy z Javierem na temat jego rowerowych podróży po świecie oraz nowego biznesu jaki rozkręca – jaskini serów :) Mam szczerą nadzieję, że interes pięknie mu kwitnie, bo to dobry chłopak jest :)

16. 17. 19. 20.Jednak należy też wspomnieć o mnie zabawnej części wycieczki do Leon – przybyłyśmy tu noc wcześniej niż planowałyśmy, więc poszukałyśmy noclegu wraz z pielgrzymami – skoro i tak wszyscy myślą, że nimi jesteśmy :P Ale nie zrobię tego nigdy więcej – spanie na sali grupowej przypomniało mi koszmary z Bieszczad, gdy w najdalszym kącie sali spał ktoś tak głośno chrapiący, że ani to wstać, ani usnąć, tylko łzy nieszczęścia i bezradności nalewają się do oczu :P W ramach opłaty noclegu rano dostałyśmy śniadanie – chleb z dżemem. No szału nie ma, ale za to widok zza murów był piękny… zza, ponieważ o 22 już wszyscy musieliśmy leżeć w łóżeczkach ;)

18.1 18.

Z podróży po półwyspie Iberyjskim nie robiłam niestety notatek, więc opisać mogę jedynie to, co zostało w głowie, a zostało to, co wzbudzało emocje. Im dłużej coś opisuję tym bardziej otwierają się zakamarki pamięci, przypominają kolejne fakty. Ktoś mi wczoraj tłumaczył jak działa ludzka pamięć i dlaczego na starość otwierają się te klapki w mózgu z zapisanymi szczegółowymi danymi… jeśli starości dożyję i ja i świat i Internet to dopiero wtedy jak pięknie będę mogła uzupełnić tego bloga o szczegóły ;) W każdym razie, jak spojrzałam na zdjęcie to przypomniało mi się, jak w Burgos, miasteczku przed Leonem, złapałam jakiś syf w oku, jęczmień to się chyba zwie. Parzyłam okłady z ziółek, i tym samym zaprzestałam malowania oczu. Tak, w podróży też chce się czasem wyglądać jak człowiek, a do czasu wyprawy byłam trochę uzależniona od malowania rzęs. Zawsze miałam wrażenie, że bez tego moje oczy są takie malutkie… Niemniej, w Leonie odłożyłam używanie tuszu. Gdy wróciłam do Polski i spojrzałam w lustro, byłam już tak oswojona ze swoimi nieumalowanymi oczami, że zaniechałam już na stałe tego procederu, uświadamiając sobie po raz kolejny, że wszystko jest w naszej głowie. We wrześniu, po wyprawie, wróciłam silna wewnętrznie, i patrząc w lustro, nawet bez pomalowanych oczu, czułam się po prostu dobrze ze sobą, dobrze i pięknie :) Ale o wędrówce w głąb siebie napiszę więcej gdy dojdę do postu podsumowującego całą wyprawę :) (jeśli tam dojdę ;) )