Walencja – architektura i jedzenie :)

Mieszkamy u nauczyciela… kryzys w Hiszpanii, więc on z tej swojej biednej nauczycielskiej pensji wynajmuje samotnie 3 pokojowe mieszkanie… Rozmawiamy o edukacji w kraju, o różnicach i podobieństwach, o jego chęci zostania dyrektorem.

78.Próbujemy Hiszpanię, narodową potrawę wywodzącą się z Walencji – paellę, typowy napój z orzechów występujących tylko tutaj – horchatę oraz specjalne ciastko, które się macza w napoju.

75. 77.Zwiedzamy starówkę, ale też nowoczesne centrum. A ja, niczym gość z butelek z wodą ;), omijam oryginał przystanku, na którym wcale się nie wzorował gość, który zaprojektował w Łodzi stajnię dla jednorożców :P No cóż, będzie trzeba tam wrócić ;)

74. 76.

Granada i Alhambra

To post, do którego na pewno będę chciała wrócić, więc napiszę tylko haseł kilka.

Nasz host – Joaquin – spontanicznie nasz zaprosił, byłyśmy pierwszymi jego couchsurferami, był przerażony i co chwilę dostawał smsy od znajomych czy jeszcze żyje, czy może już go porąbałyśmy na ćwiartki :P (Ci południowcy, coś mają z psychą :P). Joaquin – kolejny przykład, który odmienia swoje życie po wyjściu z długoletniego (12!!) związku. Roweruje, ćwiczy, uczy się zawzięcie angielskiego – bery bery macz! :D Nie wiele pamiętam ze zwiedzania, bo cały dzień skupiłam się na rozmowach z naszym hostem. Niby Hiszpan, a to ja wygrywam opalenizną ;) Mam nadzieję, że się jeszcze kiedyś spotkamy :)

70. 71. 72.A co robiłyśmy w oczekiwaniu na naszego hosta… kolejny tysiaczek :D (kto nie ma szczęścia w kartach… wciąż czekam na spełnienie przepowiedni, by przegrane ciastka nie poszły na marne :D)  Podziwiamy uliczne flamenco… ale po tym co widziałam w Sevilli już chyba żadne inne nie zrobi na mnie wrażenia…

68. 69.

Sevilla, czyli powrót do Hiszpani i największy skwar ever!

To co jest najgorsze w podróżowaniu stopem po Hiszpanii, to nie długie czekanie, ale skwar. To rażące słońce sprawia, że droga się dłuży, nogi wtapiają się w asfalt, a mózg myśli, że stoi na stopa nieskończone godziny… Docieramy we wrześniu do Sevilli, a jedyna pora, by nie umrzeć na ulicy to noc, którą spędzamy i tak w letnich ciuchach.

66.Sevilla pozostawiła mi w pamięci pewną spelunkę, do której nie trafiłybyśmy gdyby nie Domingo, nasz host. Tam właśnie doświadczam najprawdziwszego Flamenco, pełnego bólu i cierpienia, takie przedstawienia, w które wierzę w 100%. Jak to Domingo wytłumaczył, Flamenco ma pobudzać emocje, są ich dwa rodzaje – radosne i smutne – to radosne nie zapada aż tak w pamięć, a to smutne przeszywa się do głębi. Jak dziś pamiętam wyraz bólu wymalowany na twarzy tańczącej kobiety. Był to ból sceniczny, ale tak autentyczny… poruszający… nie mam zdjęć… przeżywałam. Ale mam foto z okna naszego hosta ;) Bo nie wiem czy wiecie, ale w Hiszpanii, bardzo często mają osiedlowe baseny :D My mamy piaskownice na każdym podwórku, a oni czaderskie akweny :P

67.Sevilla to też miejsce gdzie kręcili Gwiezdne Wojny :> a my odwiedziłyśmy najsłynniejszy pub, ale już nie pamiętam dlaczego był określony tym mianem…pamiętam natomiast film jaki o nim oglądałam ;)

Lizbona! i fado… <3

Tramwaje legendy i smutne zaskoczenie… wzgórza i wzgórki, jazda stopem do centrum, klasztor Hieronimów, grób Magellana (serio, to niesamowite uczucie stać obok grobu takiego wielkiego podróżnika!), dużo na pieszo, foch Ani, zimna kawa, pominięcie najlepszych ciasteczek, wodna brama do miasta, w poszukiwaniu Fado, zakochana w muzyce, nocne, gorące, wąskie uliczki, powrót po nieudanym stopie, uczymy Ritę, naszą hostkę autostopu w Europie, babski międzynarodowy wieczór przy winie, norweskie zarobki i taki sobie wyjazd do Brazylii, włoski chłopak z siłki, skwar i upał, dziwny chłopak na stopa, Polak na wylotówce, pierwsza Portugalka bierze nas na stopa, początek września i 32 w cieniu i to chyba koniec haseł, które na pewno kiedyś rozwinę ;)

Ale Lizbona to przede wszystkim Fado <3 smutne piosenki o miłości wykonywane przy akompaniamencie specjalnego instrumentu. Przeżycie i emocje.

50. 51. 52. 53. 54. 55. 56. 57.

Fatima, Batalha i basy :)

Niespodziewanie trafiłyśmy tutaj… bo zamiast w mieście Batalha, nasz host tę noc spędzał w hostelu w Fatimie, ponieważ nim zarządzał. Chwilę robiłyśmy za informację turystyczną, zwiedziłyśmy wielkie sanktuarium, obejrzałam milion pierdół-pamiątek, które się wciska pielgrzymom i znalazłam pierwsze ulotki w ojczystym języku :D Zobaczyłam ludzie idących klęcząca drogą z intencją do Boga, płakali, wspierali się o bliskich… wiara to jednak ma moc, a nawet dalej, nasza głowa, psychika, jak ona nami rządzi… w końcu nie bez przyczyny nasza wędrownicza watra największy płomień ma poświęcony sile ducha!

46. 47.Nasz host to kolejna osoba gdzie pozory nas mega zmyliły… odebrał nas z dworca (tam dojechałyśmy stopem, nie, nie, nie korzystałyśmy z transportu publicznego ani razu! :)) niski, bladej cery, Portugalczyk. uraczył nas domowym winem i kurczakiem z kiosku. Opowiedział o rodzinnym biznesie hostelowym i ugościł w jednym z pokoi. Był specyficzny, a hostel zatrzymał się w PRLu, zdecydowanie. Następnego dnia podwiózł do Batalhy, bo sam był w drodze nad Ocean. A Batalha? Kolejna budowla mega na wypasie! Ciągle powstrzymuje się od architektonicznego bełkotu, bo kto nie lubi nie zrozumie, a kto lubi, wiem, że tam kiedyś pojedzie i sam tego doświadczy, bo architekturę można równie mocno doświadczać jak religię, bo ona tez wpływa na emocje, mówi do nas, opowiada o królach, władzach, księżach, zakamarkach, wojnach… O wszystkim. Snuje domysły i pobudza wyobraźnię. Architektura jest magią :)

48.Poszłyśmy dwa kroki za miasteczko, trochę czekałyśmy na stopa… ale w pewnym momencie dwa auta zablokowały cały przejazd, bo serio, Portugalczyk zatrzyma się wszędzie :D Gość z pierwszego auta mówi, że nas tym drugim autem zawiozą. Nie mówią po angielsku, ale mają cały bagażnik zajęty głośnikiem, więc przez resztę drogi do Lizbony czarrrrne basy pochłaniają nasze ciała :P

49.

Coimbra – studenckie miasto i najwspanialsza biblioteka.

Twórczość mnie ogarnęła, i ostatnie posty popełniłam długie… czas wrócić do skrótowych myśli, bo przecież czasu nie ma… czas szykować kolejną wyprawę :)

35. 37. 38.Coimbra to mieszkanie z właścicielem klubu crossfitu, wielkim koksem, ale z mega dobrym sercem. Mieszkamy w jego 3 piętrowym domu, na wzgórzu za miastem, podziwiamy widoki, oglądamy nocą w 80 dni dokoła świata, chłoniemy wieczór, i gospodarujemy domem same, bo on jednak wyjechał dzień wcześniej na szkolenie do Anglii. To jest właśnie magia zaufania na couchsurfingu, w podróży… Niby obcy, ale połączony z nami pasją podróży człowiek, zostawia nam wielki dom dyspozycji, i mogłybyśmy tam mieszkać cały kolejny tydzień :)

40. 41.A Coimbra to poza piękną starówką z pięknymi kościołami, przede wszystkim najstarszy Uniwersytet w Portugalii z MEGA piękną Biblioteką. Oglądaliście kiedyś bajkę „Piękna i Bestia”? Pamiętacie moment gdy Bestia pokazuje Belli jego bibliotekę? Tak właśnie czuje się człowiek wchodzący do biblioteki w Coimbrze… tego nie da się opisać słowami, zapiera dech w piersiach :) Szczególnie jak się zwiedza ją samotnie :)

39.Coimbra to też miasteczko z Pomnikiem Baden-Powella! Idziemy obrzeżem miasteczka…
– Ej, on wygląda z daleka jak Baden-Powell!
…kilka metrów dalej….Bo to jest Baden-Powell! :D

A nasz host też był kiedyś harcerzem! <3

36.

Leon – miasto rowerów <3

Kilkukrotnie podczas podróży mogłam doświadczyć rowerowania, tym razem wreszcie udało się rowerować grupowo – nasz host dysponował miejskim, kolarką i rowerem mtb (jeśli dobrze pamiętam) – dla każdego było coś dobrego :) Zabrał nas na wycieczkę kawałek od centrum, by pokazać gdzie żyje Leon, a nie pielgrzymi i turyści. Tam dostąpiłyśmy nauk rytualnego nalewania i picia cydru oraz obserwowałyśmy hiszpańskie popołudnie.

21. 22. 23.Za dnia zwiedzałyśmy miasteczko, piękną katedrę z niesamowitymi witrażami, imponującą konstrukcyjnie i historycznie. miasteczko skąpane w zachodzącym słońcu do dziś budzi we mnie zachwyt :) Noce przegadaliśmy z Javierem na temat jego rowerowych podróży po świecie oraz nowego biznesu jaki rozkręca – jaskini serów :) Mam szczerą nadzieję, że interes pięknie mu kwitnie, bo to dobry chłopak jest :)

16. 17. 19. 20.Jednak należy też wspomnieć o mnie zabawnej części wycieczki do Leon – przybyłyśmy tu noc wcześniej niż planowałyśmy, więc poszukałyśmy noclegu wraz z pielgrzymami – skoro i tak wszyscy myślą, że nimi jesteśmy :P Ale nie zrobię tego nigdy więcej – spanie na sali grupowej przypomniało mi koszmary z Bieszczad, gdy w najdalszym kącie sali spał ktoś tak głośno chrapiący, że ani to wstać, ani usnąć, tylko łzy nieszczęścia i bezradności nalewają się do oczu :P W ramach opłaty noclegu rano dostałyśmy śniadanie – chleb z dżemem. No szału nie ma, ale za to widok zza murów był piękny… zza, ponieważ o 22 już wszyscy musieliśmy leżeć w łóżeczkach ;)

18.1 18.

Z podróży po półwyspie Iberyjskim nie robiłam niestety notatek, więc opisać mogę jedynie to, co zostało w głowie, a zostało to, co wzbudzało emocje. Im dłużej coś opisuję tym bardziej otwierają się zakamarki pamięci, przypominają kolejne fakty. Ktoś mi wczoraj tłumaczył jak działa ludzka pamięć i dlaczego na starość otwierają się te klapki w mózgu z zapisanymi szczegółowymi danymi… jeśli starości dożyję i ja i świat i Internet to dopiero wtedy jak pięknie będę mogła uzupełnić tego bloga o szczegóły ;) W każdym razie, jak spojrzałam na zdjęcie to przypomniało mi się, jak w Burgos, miasteczku przed Leonem, złapałam jakiś syf w oku, jęczmień to się chyba zwie. Parzyłam okłady z ziółek, i tym samym zaprzestałam malowania oczu. Tak, w podróży też chce się czasem wyglądać jak człowiek, a do czasu wyprawy byłam trochę uzależniona od malowania rzęs. Zawsze miałam wrażenie, że bez tego moje oczy są takie malutkie… Niemniej, w Leonie odłożyłam używanie tuszu. Gdy wróciłam do Polski i spojrzałam w lustro, byłam już tak oswojona ze swoimi nieumalowanymi oczami, że zaniechałam już na stałe tego procederu, uświadamiając sobie po raz kolejny, że wszystko jest w naszej głowie. We wrześniu, po wyprawie, wróciłam silna wewnętrznie, i patrząc w lustro, nawet bez pomalowanych oczu, czułam się po prostu dobrze ze sobą, dobrze i pięknie :) Ale o wędrówce w głąb siebie napiszę więcej gdy dojdę do postu podsumowującego całą wyprawę :) (jeśli tam dojdę ;) )