Powrót ten fizyczny i ten duchowy…

Wróciłyśmy do domu 13 września, po 76 dniach podróży dookoła Europy, zrobiłyśmy ponad 15 tysięcy kilometrów autostopem oraz wiele na pieszo. Po tym czasie byłyśmy bardziej opalone, z umięśnionymi nogami, jak zwykle nie schudłam (nadal nie ogarniam metabolizmu, ale być może księżniczkowe ciastka miały w tym swój udział :P). Poznałyśmy wiele kultur, zobaczyłyśmy masę miejsc, doświadczyłyśmy mega ludzi. Wzbogaciłyśmy się wewnętrznie. Ale to, co było dla mnie najważniejsze, zadziało się w środku mnie. To droga, którą przeszłam, a której świadomość dotarła do mnie po pewnym czasie…

000.1Tak na prawdę, gdyby nie bilet na prom do Karlskrony, który był kupiony wcześniej, nigdy bym nie wyruszyła w taką podróż. W czerwcu przeżywałam apogeum swojej choroby żołądka i ostatnie na co miałam ochotę to gdziekolwiek się ruszać. Od stycznia, co jakiś czas, co raz częściej w miarę upływu dni, leżałam godzinami z bólem brzucha, nie mogąc spać,siedzieć, funkcjonować. Mdliło mnie i męczyło. W marcu trafiłam do szpitala, potem na kolejne badania. W czerwcu bolało mnie już nawet picie wody. Żołądek męczył się próbując cokolwiek strawić… Jadłam to, co było najłagodniejsze i papkowate. W połowie czerwca skasowałam fb, ponieważ wtedy miałam wrażenie, że ludzie tryskają tam tylko szczęściem, a ja jestem jedynym nieszczęśliwym człowiekiem na ziemi. Chwilę potem dostałam leki, które zaczęły powoli działać. Dziś wiem, że wyjeżdżałam na wyprawę w słabym stanie psychicznym, byłam wykończona ciągłym bólem i bezradnością oraz brakiem wiedzy w temacie żywienia… bo jak to lekarz powiedział – sama na sobie muszę przetestować co mogę, a czego nie mogę jeść, bo każdy organizm inaczej sobie radzi… Tak się więc stało, że te 76 dni dochodziłam powoli do zdrowia, łykałam leki tak pilnie jak nigdy, obserwowałam reakcje na różne artykuły żywieniowe… Wraz ze zdrowiem wracała mi siła witalna oraz wewnętrzna, motywacja. Podczas drogi dużo rozmawiałam z ludźmi, myślałam nad życiem, układałam sobie w głowie na nowo priorytety. Odzyskiwałam siebie. Wróciła mi wiara we własne możliwości oraz siła, zapał i radość z każdego dnia. Od powrotu mogę spokojnie mówić, że kęsik wrócił :D To był dla mnie ważny wyjazd, pokonałam pewną drogę. Rada jestem, że się nie poddałam,i że mimo kłótni w drodze, nigdy się z dziewczynami nie porzuciłyśmy.

100_3761Często czytam o ludziach, że ruszają w drogę by sobie coś przemyśleć, poukładać. Całkiem nieświadomie zrobiłam to samo. Każdego dnia,będąc odciętą od fb, maila, nie pisząc smsów, mogłam poznawać siebie co raz lepiej… bo to nie takie proste zostać samemu ze sobą… To niezłe wyzwanie… Dziś już nie szukam siebie, wiem jaka jestem, czego chcę. I to nie jest tak , że mam teraz nowe priorytety, raczej przypomniałam sobie swój system wartości, który zabieganie bądź choroba, trochę przyćmiły.

Szykuję się do kolejnej wyprawy. Tym razem wiem, że nie muszę szukać siebie, że jadę by poznawać innych ludzi, róże kultury, inspirować się, fascynować, przeżywać i kolekcjonować wspomnienia. I po raz pierwszy próbować wytrzymać samemu ze sobą tak długo… Długo? Nie wiem… Żołądek nigdy nie będzie zdrowy, nigdy nie będę wiedzieć kiedy zawoła o pomoc… Dlatego znów mam bilet w jedną stronę, ale wiem na pewno, że wrócę :) W końcu czeka na mnie upragniona operacja biodra i obrona :) Bo trochę jestem takim podróżnikiem pomiędzy… ani nie chcę porzucać miejskiego życia, ani podróży. Każdy w końcu ma swój sposób na szczęście :)
Ahoj przygodo!! :)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s