Moja droga – czyli rodzajów dróg kilka ;)

Tytuł bloga zobowiązuje… Pojawił się ponieważ angielski odpowiednik „mojej zwykłej, prostej drogi” był zajęty, ale też skoro piszę po polsku to i niech nazwa będzie szybko zrozumiała dla każdego Polaka, przecież w końcu zaczęłam pisać, by moi rodziciele mogli wiedzieć gdzie jestem podczas drogi. Jeszcze nie udało mi się dojść do stanu, by faktycznie to działało dla spokoju ducha mamy czy taty. Wszystko przede mną…;) Ale skoro motyw drogi się pojawił, towarzyszy mi przez całe życie, (jak motywy literackie na maturze ;) ) to chciałabym się nim trochę podzielić :)

Panorama lasDROGA, może być fizyczna, typowe przemieszczanie swojego ciała pomiędzy punktami o różnych współrzędnych geograficznych. Daje wyzwania, bo zgodnie z metodyką wędrowniczą (takie harcerskie mądrości) powinniśmy się rozwijać na trzech płaszczyznach – duchowej – intelektualnej – fizycznej. Droga w tym znaczeniu jest wyzwaniem dla naszych mięśni, jest też pokonywaniem swoich granic.

DROGA, może być emocjonalna. Przechodzimy przez różne emocje, w różnych sytuacjach. Takim przykładem może być droga problemu, od złości, przez panikę, aż do kreatywnych rozwiązań. Ciągle pracując nad sobą kombinuję jak tu dwie pierwsze fazy ukrócić, by szybko przechodzić do rozwiązań :)

DROGA jest też duchowa. Kształtują się w nas różne wartości, dzięki przeżyciom, rozmowom, naukom… Dzięki niezliczonej ilości czynników. Ponoć tylko krowa zdania nie zmienia. Czy to słabość nie obstawać przy swoim całe życie? A może to pewna dojrzałość, by umieć wymieniać się argumentami i stwierdzać rację innej strony? Czasem w zabieganiu nie ma chwili by przemyśleć własne priorytety, i wtedy z pomocą przychodzi nam droga w postaci wyprawy, czasem długiego biegu, a czasem długiego rejsu – by przemyśleć, uporządkować i pokonać własną drogę duchową.

DROGA jest między ludźmi. Od spotkania po raz pierwszy, przez kolejne rozmowy, wspólnie spędzony czas, aż czasem nawet do specjalnego miejsca w sercu, a na pewno zawsze do miejsca w pamięci. W trasie spotkałam już kilkoro takich ludzi, którzy wpłynęli na moje drogi, na pewno te emocjonalne i duchowe. W życiu spotkałam wielu ludzi, z którymi przeszłam takie międzyludzkie drogi. Od przypadkowego spotkania, przez spontaniczne autostopy aż po głęboką przyjaźń, taką na zawsze. Nawet jeśli zawsze nie będzie fizycznym widzeniem, to zawsze będzie w sercu.

DROGA może być procesem jaki trzeba przejść by coś zmienić. Czy od razu jesteśmy gotowi na zmiany? Czasem potrzebujemy się przystosować, a wpierw to w ogóle musimy sobie uświadomić chęć zmiany. Ta droga, ten proces, to nie taka łatwa sprawa. Procesów przyszło mi na myśl kilka, ale to takie trochę osobiste, to zostawiam to sobie w sercu. Każdy z nas myślę, że ma swój własny proces zmiany, który przechodził, i jeszcze nie jeden pewnie przejdzie. Dobrze się zmieniać, nie stać w miejscu, pracować nad sobą…a jak już o tym mowa, to…

DROGA to kształtowanie swojego charakteru. Pokonywanie kolejnych kilometrów, emocji, poznawanie nowych ludzi, wychodzenie ze strefy komfortu… Każdy z nas jest w jakieś drodze, z każdej można czerpać, każdą można się inspirować. Tak, droga jest moją inspiracją, wszystkim życzę by znaleźli swoją i drogę i inspirację, a w tym wszystkim szczęście. Dla mnie największym szczęściem są ludzie, dlatego łącząc buddyjskie przysłowie, że „nie ma drogi do szczęścia, to szczęście jest drogą” i ludzi, którzy mnie otaczają, cieszę się ogromnie, że tyle fantastycznych osób jest w moim życiu, że mogę o nich myśleć, wspominać, i może nie mam czasu by z każdym utrzymywać zażyłą relację, może się nie odzywam do niektórych hostów latami, ale oni wszyscy są w mojej pamięci, wywołali emocje, czegoś nauczyli, dzięki nim mogę żyć bardziej świadomie… Szczęście jest w ludziach, zdecydowanie :)

Szczęście jest drogą i milionem codziennych ścieżek :)

Reklamy

Tak blisko a tak daleko – czyli kogo można spotkać w trasie.

Po raz kolejny spotkałam w autostopie na trasie Łódź-Warszawa ciekawego i specyficznego człowieka. Objechałam całą Europę i nie jeździłam z takimi ewenementami jak wtedy gdy celem jest nasza stolica. Tym razem jechałam z Serbem, ale wyszło to dopiero pod koniec drogi, ponieważ urodzony chyba już w Polsce mówił piękną polszczyzną :) Wróćmy jednak do początku…

IMAG0013Strykowska, chwil kilka i zjeżdża mega wypasiony mercedes (jestem kobietą, więc jedne co mogę więcej powiedzieć, to informacja, że był czarny :P). Kierowca odbiera telefon (później robił to co chwilę, gorąca linia, a nawet trzy) i mówi w pewnym momencie rozmówcy, że wziął autostopowiczkę, no bo zawsze bierze, ostatnio wziął dwóch chłopaków z Łodzi do Katowic, ale zanim dojechali do celu to wybiegli na światłach z jego auta mówiąc , że chcą jeszcze żyć… Robi się ciekawie – pomyślałam. Gdy boję się prędkości to idę spać w autostopie, no ale tu trochę nie wypada, jak jadę sama. Na szczęście Strykowska jest długa, i zanim dojechaliśmy do autostrady to zdążyliśmy się wymienić informacjami, że ja jadę do Japonii, a jego „ex” była na wolontariacie w Wietnamie oraz wspomniana „ex” zdążyła zadzwonić. Dostałam telefon by z nią pogadać, skoro coś nas łączy :P Ona powiedziała na koniec bym się nie bała mojego kierowcy, bo on wariat na drodze, ale bezpiecznie jeździ, że będzie dobrze, bo to dobry chłopak jest, szalony, ale bardzo dobry. I chyba mnie przekonała, co wcale nie znaczy, że nie bałam się gdy kątem oka ujrzałam 260 na liczniku… No ale co z tego, że 260 jak do celu dojechałam godzinę później niż zwykle… bo chwilę postaliśmy w salonie Mercedesa, odstawiliśmy jedno auto, wzięliśmy drugie, a w między czasie trzeba było pogadać z całą Serbską familią, która się tam zjechała… w końcu trzeba omówić, czy kupują zamek w Norymberdze za 2 mln skoro komornik wystawić go chciał początkowo za 10 mln. Ale skoro powiedział, że chce mnie podwieźć do samego celu, no to czekam… No i pod ratusz Arsenał jadę z 3 Serbami. Śmiać mi się chce, bo 8 lat temu, jak zaczynałam stopowanie, NIGDY w życiu by mi nie przeszło, że mogę jechać z 3 mężczyznami w aucie, a do tego sama?! No way! A dziś… nie jestem mniej czujna, ale bardziej oswojona, ufna, odważna i dziarsko pokazująca sobą, że się nie boję. Choć to wszystko dzieje się w głowie, Ci ludzie przecież czy dziś czy 8 lat temu, jeśli by chcieli to by krzywdę zrobili… ale przez tyle lat nikt nie chciał, nie próbował, bo świat jest pełen dobrych ludzi, tylko lepiej się sprzedaje mówienie o tym co złe, dlatego i postrzeganie świata jest takie marne. A ja mówię „nie”, i w niedzielę ruszam dalej autostopem, poznać kolejnych ciekawych ludzi :) Każda rozmowa daje do myślenia, wzbogaca mnie wewnętrznie a przy okazji mogę poznać wykręconych ludzi, mieć dużo śmiechu i zedrzeć sobie gardło śpiewając serbskie hity na full podkręcone w głośnikach podczas pędzenia 260 km/h trasą A2 :)

IMAG0012Ale nie tylko w aucie i na trasie można poznać autostopowiczów… Wracałam z Wawki na prześwietlenie, nie pojechałam A2, tylko starą drogą do Łodzi, przesiadałam się i nie zdążyłam do domu przed lekarzem, więc z trasy, wysadzona przy Kaliskim, poszłam z tabliczką do przychodni. Wchodzę z marszu na rentgen a młody pracownik pyta mnie skąd wracam… szybko zgadaliśmy się o autostopowych podbojach Europy, czy Polski, woodstocku, przywilejach kobiet w trasie itd. Kto by pomyślał, że zwykły rentgen może być tak fascynujący ;)

Cierpliwość – cecha porządana u podróżnika.

Tak… bez cierpliwości nie ma co wyruszać w autostopową drogę. Niejednokrotnie łapie się stopa dłuższą „chwile”, a niektórzy czekają tygodniami na jachtostopa na Karaiby. Kiedyś psycholog określając moją osobowość (po uzupełnieniu gigantycznego testu… z 300 pytań miał :/) poświęcił jedną stronę opisu na te elementy mojego charakteru, nad którymi powinnam popracować, bo ułatwi to pracę z ludźmi. Wśród nich zalazło się zdanie, bym akceptowała to, że nie wszyscy działają tak dynamicznie jak ja, potrzebują czasu, przemyślenia… a ja jak król Julian – robię coś szybko zanim dotrze do mnie , że to bez sensu ;) , a jeśli tak nie zrobię, to później czasem lata świetlne mijają nim coś się zadzieje. W każdym razie cierpliwość nie jest moją mocną stroną, potrafię się szybko zirytować czy zdenerwować. Plusem jest to, że mi szybko mija.

Łącząc te fakty z autostopowym życiem muszę stwierdzić, że dobrze, że urodziłam się kobietą. W końcu, jakbyśmy o równouprawnienie nie walczyli, kierowcy zawsze się szybciej dla mnie zatrzymają niżeli dla mężczyzny, dzięki czemu, mój niewielki zapas cierpliwości nie przekreślił autostopowego życia ;) Podczas tych kilku wypraw, które odbyłam, nauczyłam się jeszcze jednego – gdy długo czekam na stopa, to zawsze po to, by poznać kogoś wyjątkowego, co daje dodatkową motywację do utrzymania cierpliwości ;) Póki co zawsze się to sprawdzało :)

Kiedyś narzekałam sobie w duchu (bo to raz ;)) , że nie urodziłam się mężczyzną, ponieważ byłabym wolna, mogłabym sama podróżować, mniej się bać, dziarsko podróżować stopem przez świat. Będąc kobietą zawsze uzależniałam swoje podróże od kogoś, by nie jechać samej, bo to bezpieczniej. Tak przynajmniej myślała moja głowa. Później, w magicznym dniu gdy zabrano mi zniżki na PKP, rozpoczęłam podróżowanie samotne stopem. Z każdym razem decyzja o samotnym wyjściu na drogę przychodziła łatwiej, pewniej. Dziś pojechanie na wylotówkę i ruszenie samotnie w drogę autostopem jest dla mnie jak pojechanie rowerem na zajęcia. Normą. Wszystko co siedzi w naszej głowie da się oswoić, a do tego zyskał na tym mój brak cierpliwości – dla samotnej kobiety jeszcze szybciej zatrzymują się samochody :)

VLUU L310W L313 M310W / Samsung L310W L313 M310WDo napisania tych kilku zdań skłoniły mnie dzisiejsze przejścia ze służbą zdrowia… Podsumowując, musiałam odwiedzić jedynie: 2 razy lekarza pierwszego kontaktu, 4 razy ortopedę, raz neurologa, 2 razy gabinet zabiegowy, raz NFZ, 2 razy sklep ortopedyczny i już wtedy można było stwierdzić co mi jest i zacząć leczenie. Mogłam iść od razu na pogotowie, ale dziarsko miałam nadzieję, że samo minie, a jestem zbyt uczciwa by udawać po fakcie, że dopiero co tak twórczo zderzyłam się z futryną…No więc muszę czekać…To dopiero, cholera, uczy cierpliwości! A nie tam jakieś stopowanie przez pustkowia… tam to chociaż się można nacieszyć przyrodą i opalić buźkę :D

Powrót ten fizyczny i ten duchowy…

Wróciłyśmy do domu 13 września, po 76 dniach podróży dookoła Europy, zrobiłyśmy ponad 15 tysięcy kilometrów autostopem oraz wiele na pieszo. Po tym czasie byłyśmy bardziej opalone, z umięśnionymi nogami, jak zwykle nie schudłam (nadal nie ogarniam metabolizmu, ale być może księżniczkowe ciastka miały w tym swój udział :P). Poznałyśmy wiele kultur, zobaczyłyśmy masę miejsc, doświadczyłyśmy mega ludzi. Wzbogaciłyśmy się wewnętrznie. Ale to, co było dla mnie najważniejsze, zadziało się w środku mnie. To droga, którą przeszłam, a której świadomość dotarła do mnie po pewnym czasie…

000.1Tak na prawdę, gdyby nie bilet na prom do Karlskrony, który był kupiony wcześniej, nigdy bym nie wyruszyła w taką podróż. W czerwcu przeżywałam apogeum swojej choroby żołądka i ostatnie na co miałam ochotę to gdziekolwiek się ruszać. Od stycznia, co jakiś czas, co raz częściej w miarę upływu dni, leżałam godzinami z bólem brzucha, nie mogąc spać,siedzieć, funkcjonować. Mdliło mnie i męczyło. W marcu trafiłam do szpitala, potem na kolejne badania. W czerwcu bolało mnie już nawet picie wody. Żołądek męczył się próbując cokolwiek strawić… Jadłam to, co było najłagodniejsze i papkowate. W połowie czerwca skasowałam fb, ponieważ wtedy miałam wrażenie, że ludzie tryskają tam tylko szczęściem, a ja jestem jedynym nieszczęśliwym człowiekiem na ziemi. Chwilę potem dostałam leki, które zaczęły powoli działać. Dziś wiem, że wyjeżdżałam na wyprawę w słabym stanie psychicznym, byłam wykończona ciągłym bólem i bezradnością oraz brakiem wiedzy w temacie żywienia… bo jak to lekarz powiedział – sama na sobie muszę przetestować co mogę, a czego nie mogę jeść, bo każdy organizm inaczej sobie radzi… Tak się więc stało, że te 76 dni dochodziłam powoli do zdrowia, łykałam leki tak pilnie jak nigdy, obserwowałam reakcje na różne artykuły żywieniowe… Wraz ze zdrowiem wracała mi siła witalna oraz wewnętrzna, motywacja. Podczas drogi dużo rozmawiałam z ludźmi, myślałam nad życiem, układałam sobie w głowie na nowo priorytety. Odzyskiwałam siebie. Wróciła mi wiara we własne możliwości oraz siła, zapał i radość z każdego dnia. Od powrotu mogę spokojnie mówić, że kęsik wrócił :D To był dla mnie ważny wyjazd, pokonałam pewną drogę. Rada jestem, że się nie poddałam,i że mimo kłótni w drodze, nigdy się z dziewczynami nie porzuciłyśmy.

100_3761Często czytam o ludziach, że ruszają w drogę by sobie coś przemyśleć, poukładać. Całkiem nieświadomie zrobiłam to samo. Każdego dnia,będąc odciętą od fb, maila, nie pisząc smsów, mogłam poznawać siebie co raz lepiej… bo to nie takie proste zostać samemu ze sobą… To niezłe wyzwanie… Dziś już nie szukam siebie, wiem jaka jestem, czego chcę. I to nie jest tak , że mam teraz nowe priorytety, raczej przypomniałam sobie swój system wartości, który zabieganie bądź choroba, trochę przyćmiły.

Szykuję się do kolejnej wyprawy. Tym razem wiem, że nie muszę szukać siebie, że jadę by poznawać innych ludzi, róże kultury, inspirować się, fascynować, przeżywać i kolekcjonować wspomnienia. I po raz pierwszy próbować wytrzymać samemu ze sobą tak długo… Długo? Nie wiem… Żołądek nigdy nie będzie zdrowy, nigdy nie będę wiedzieć kiedy zawoła o pomoc… Dlatego znów mam bilet w jedną stronę, ale wiem na pewno, że wrócę :) W końcu czeka na mnie upragniona operacja biodra i obrona :) Bo trochę jestem takim podróżnikiem pomiędzy… ani nie chcę porzucać miejskiego życia, ani podróży. Każdy w końcu ma swój sposób na szczęście :)
Ahoj przygodo!! :)

Droga do domu…?

Z Salou miałyśmy jechać jeszcze do Francji, do Justine – koleżanki mojej przyjaciółki Lamy, a jednocześnie przyjaciółki ludzi – Maxa i Laury, których gościłam pół roku wcześniej u siebie w domu :) Jednak jak już wyruszyłyśmy w drogę i poczułyśmy, że koniec Hiszpanii, że dom się zbliża… to zaczęłyśmy tęsknić… No i trafiając (jak to można tu przeczytać: https://szczesciejestdroga.wordpress.com/2014/09/24/prelekcja-2-12-2014/ ) na Andrzeja tak się stało, że ruszyłyśmy wprost do Polski… A jak już ruszyłyśmy to chciałyśmy być w domu jak najszybciej, nawet kosztem samotnej jazdy stopem po nocy… Jak się stresuję to trajkoczę jak szalona, a stresujące było wsiadać o 2 w nocy, gdzieś pod Poznaniem do ciemnego auta… ale jak zwykle wszystko było dobrze, a ja o 6 rano mogłam wejść do domu :) A Andrzej… to dobry ziom! Dał mi poprowadzić swoją ciężarówkę :D Już nie jeden kierowca mi to obiecał, ale ciężko zaufać kobiecie, która mówi, że dobrze prowadzi… i choć jestem dobrym kierowcą, nie tylko w swoim mniemaniu, to potrzeba było dwóch dni podróży by Andrzej dał się przekonać :) Ale tak, udało się, marzenie o prowadzeniu TIRa spełniłam :D

86.Nie wiem czemu, o tej 6 rano jeszcze włączyłam internet, czego nie robiłam w podróży od czasu gdy zaprzestałam pisać 8 lipca bloga… i wtedy, dnia 13 września, wyświetliły mi się maile, jak to moja grupa umawia się na ślub do Kasi… no to zdrzemnęłam się 3 godzinki i pojechałam na ślub :) (to ta sama Kasia, u której jako jedyna z grupy byłam na panieńskim, bo akurat odbywał się w ten wieczór, gdy się przepakowywałam ze Skandynawii do Hiszpanii :P)

85.

Salou – czyli w odwiedzinach :)

W Salou, moja koleżanka z roku zapoznała lat temu już pewnie z 7, swojego aktualnego męża, chłopaka z Chille, mieszkającego na stałe z rodziną w Hiszpanii. Zakochała się i po 4 latach wzięła z nim ślub przenosząc swoje życie w te gorące klimaty :) Odwiedzałam Anię dwa lata wcześniej, będąc gościem i fotografem na jej ślubie. Dziś odwiedzam jej całą rodzinkę :) a śpimy wbrew jej woli na balkonie… no bo tam są resztki chłodu…

83. 82.Dni mijają leniwie, nad gorącym morzem, co jest super odmianą po oceanie; spacerach i kąpielach w basenie :) Ania ugościła nas obiadem, tak po polsku, naleśnikami :) Ale zapomniałam o swoim chorym żołądku, który wtedy był 4 tygodnie bez bólu, no i wszamałam z rozpędu żółty ser… rozłożył mnie na kilka godzin i zanim uświadomiłam sobie, że to przez jedzenie, wpadłam w panikę, że moje leki przestały działać, i że teraz już na pewno nie dojadę do Polski :P

81. 80.