Alesund – miasto w Oceanie

Alesund jest miasteczkiem położonym na skraju lądu, na wyspach i półwyspach wcinających się w ocean. Z pobliskiego pagórka roztacza się przepiękny widok w towarzystwie głośno dudniących statków, które mijając się pozdrawiają.

066.To właśnie tutaj miałyśmy możliwość pomieszkać u prawdziwego Norwega, co jak wcześniej napisałam, nie jest takie proste. Marius, nasz host, sam o sobie mówi, że jest nietypowym norwegiem, więc tylko „połowicznie” mogłyśmy poznać dom z tej części świata od środka. Nasz gospodarz mieszka w miesteczku nieopodal Alesund, jednak co dziennie jeździ tam do pracy mijając po drodze przeprawę promową. Promy… są ich w Norwegii tysiące! Co chwile przecina się fiordy, gdzie jedynym sposobem na przedostanie się na drugą stronę jest przepłynięcie promem. Oczywiście, można też objechać fiord, ale dodatkowe 200 km to trochę zbyt dużo w drodze do pracy ;) Na każdym promie jest dostęp do baru gdzie rzeczy są drogie nawet jak dla zwykłego Norwega. Z promami jest jak z tunelami – po pewnym czasie nudzą, ale jest wyjątek. Prom odzyskuje swoją wielką wartość w chwili gdy przecinamy fiord otoczony niesamowitym widokiem, co miało miejsce w okolicy Lofotów, ale o tym później ;)

071.Wracają do Mariusa, mieszka on w domu jednorodzinnym, takim małym gospodarstwie, podzielonym na pół z ojcem, ale mam wrażenie, że Ci dwaj mężczyźni są z różnych bajek i nie koniecznie za często ze sobą rozmawiają. W łazience (chyba wspólnej) znajdowała się pralka, a my po tygodniu w górach miałyśmy kilka rzeczy do prania. Magda podjęła się zostania naszą pralniową, w czasie gdy ja poszukiwałam nam hostów na kolejne etapy wyprawy. Gdy zajrzała do pralki wiedziała już, że nigdy do niej nie zaglądała żadna kobieta. To był jeden wielki syf. Pierwsze minuty (godziny?:P) Magda spędziła na wyczyszczeniu pralki by móc tam włożyć nasze niby brudne rzeczy, bo w porównaniu wypadały one całkiem zacnie ;) Magda walczyła z łazienką, a ja siedziałam w salonie, który swoją wielkością przypominał moje całe łódzkie mieszkanie… W tym wielkim pokoju była ogromna sofa z widokiem na zestaw kinowy, regał z dziesiątkami gier wideo, planszówek i filmów. Dalej stała maszyna do rzutek, jak w typowym polskim pubie oraz trambambula. Marius pochwalił się, że jest mistrzem w trambambule, ale z M. pokazałyśmy moc Polek :> Spędziliśmy wspólnie z Mariusem dwa wieczory na graniu w norweskie czarne historie, ryzyko i oglądając norweskie programy ukazujące ich „kulturę”, zwyczaje…

072.(Początek gry i moja maksymalna ilość żołnierzy na planszy. Nie mam szczęścia w kościach, albo nie ogarniam gier strategicznych ;) )

Oglądaliśmy filmy o dziwnych norweskich pojazdach bez hamulców, albo bez pedałów… coś jak nasze gokarto-samochodziki przy nadmorskich pasażach napędzane pedałami jak w rowerze, ale trójkołowe. Zupełnie nie pamiętam jak to się nazywało, ale z Mariusem mieliśmy wyjść na wzgórza zjeżdżać na takich mimo, że wcześniej pokazał nam jak boleśnie i krwawo to się zazwyczaj kończy. Szczęście w nieszczęściu – wieczorami zawsze padał deszcz, który uchronił nasze twarze przed ewentualnym zmasakrowaniem :P Oglądaliśmy więc kolejne filmy w tym reportaż pokazujący jak Norwegowie świętują prawie zakończenie szkoły. Prawie, ponieważ dzieje się to od 1 do 17 maja, gdzie pierwszego kończą zajęcia w szkole, ale po siedemnastym mają egzaminy kończące :P Te 17 dni, które kończą się w dniu odzyskania niepodległości upływają na jednym wielkim piciu, i nie, nasze polskie juwenaliowe picie może się schować… To właśnie w tej podróży uświadomiono mi, że Skandynawia ma całkiem niezły problem z alkoholem z czego wynikają sklepowe ograniczenia o dostępności procentowych napoi. Fajnym zwyczajem jest sposób ubioru. Ludzie zakładają jedne z czterech kolorów spodni, w zależności od rodzaju uczelni jaki kończą, czerwone, czarne, chyba zielone i nie pamiętam…niebieskie? Dziś większość od razu kupuje czerwone by się nie wyróżniać i być na tym samym poziomie, by nikt nie patrzył na nich – o ten ma czarne – kończył tylko zawodówkę. Tak więc ludzie kupują czerwone spodnie, czerwone imprezowe busy, zmawiają się po kilka-kilkanaście osób i jadą balować przez ponad dwa tygodnie. Więcej możecie przeczytać i zobaczyć na fotkach tutaj: http://www.hja.no/norways-insane-graduation-celebrations/ , choć na całe szczęście norwegów, nikt ich nie sfotografował nocą ;)

068. 067.Wracając do Alesund – ładne miasteczko – przeszłyśmy, zwiedziłyśmy, tysiąca na górze rozegrałyśmy, ciastka zjadłyśmy :) Wszystko jest jak należy. Magda znalazła „tanią” kawę, a my „tani” chleb :) Niemiecka wycieczka emerytów pytała nas na wzgórzu w co gramy, ale niestety nie mogli się dołączyć, nie znali zasad… jak to możliwe?! :P W Alesund już wiedziałyśmy gdzie kupować, gdzie dla nas będzie najtaniej…

065.oraz co kupować, by było smacznie i tanio! Pokochałam tuńczyka na tych wakacjach :) I jest tańszy niż w Polsce… U nas taka puszeczka chodzi po 4 zł, a tam po 2 zł, więc przy ich chlebie za kilkanaście złotych to tuńczyk kosztuje nas tyle co cebula, tyle,że jest smaczniejszy i da się go od razu jeść. Tak, tuńczyk towarzyszył wszystkim naszym posiłkom! Ale pamiętajcie – nie da się na nim wyżyć roku w Norwegi, ze względu na dużą zawartość rtęci.

070.Spędziłyśmy w Alesund miłe trzy dni, że aż trzeba było tam wrócić… pół godziny po opuszczeniu miasteczka ;) Stałyśmy już na „wylotówce” i łapałyśmy stopy wyjeżdżające z promu, gdy Ania zorientowała się, że zostawiła bluzę u Mariusa. Nie byłoby w tym nic strasznego gdyby nie fakt, że to jedyna bluza Ani, i nawet przy jej niemarznącym organizmie, jest przydatna. Ania zaczepiła więc jakąś panią na promie, wytłumaczyła sytuację i podjechała do domu Mariusa, odebrała od jego taty zgubę i wróciła do nas. Czas oczekiwania spędziłyśmy na jedzeniu. To takie fajne w podróży, żyjesz dniem dzisiejszym i jedyne o czym myślisz to jedzenie, spanie i mycie :D Więc jak się nie przemieszczamy, nie zwiedzamy, nie działamy to wykonujemy jedną z wcześniej wymienionych czynności. No, albo gramy w tysiąca ;) Ewentualnie śpiewamy w oczekiwaniu na prom albo by zwabić kierowców :)

073.Z Alesund kojarzą mi się jeszcze dwie historie. Wsiadając do autobusu z miejsca pracy Mariusa do jego domu zobaczyłyśmy koło kierowcy teczkę z polsko brzmiącym nazwiskiem. Okazało się, że dla odmiany to kolejny Polak pracujący w Norwegi, a my dzięki temu jechałyśmy jako dzieci, czyli za dużo mniejsze pieniądze. Pan kierowca wyjechał tutaj z całą rodziną, ale by nie pracować byle gdzie, choć to i tak dawało dużo lepszą kasę niż w Polsce, to nauczył się norweskiego by zarabiać po norwesku. Nieźle! :) Norweski jest chyba najłatwiejszy dla Niemców, sporo wspólnego, ale nie jest tak sztywniacki ;)

Druga historia wiąże się z Ani studiami. Zawsze jak z kimś jedziemy to pytają nas co tu robimy, gdzie podróżujemy i czym się zajmujemy w Polsce. Aneczka studiuje geodezję. Po zwiedzeniu wielu europejskich krajów mam wrażenie, że tylko u nas jest to osobny kierunek, ponieważ jedyne z czym mylą angielką nazwę jej kierunku jest geologia i nikt nie kuma o co chodzi z geodezją. Jednak właśnie w Alesund wziął nas na stopa (z obrzeży miasta do centrum :P ale z 10 km to było!) pan inżynier, z którym Ania wreszcie mogła pogadać po fachowemu :) Niemniej nadal nie znam lepszego określenia po angielsku na fach Ani, tak by inni szybko skojarzyli czym się ona zajmuje :P

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s