Znów na północ!

Gdy nastał upragniony poniedziałek zakupiłyśmy w sklepie wszystkie niezbędne produkty, w tym chleb jak zwykle najtańszy, bez ziaren, dodatków, a najlepiej dwudniowy, wtedy jego cena potrafiła wynosić tylko 5 zł, a taki przecięty chleb Norwega to koszt około 13 zł. Burżuje :P W każdym razie przed sklepem spotkałam parę z Pabianic, rowerzyści. Wszystko super, ale mieli jeden wielki problem, nie mogli jeździć tunelami, jako , że jest w Skandynawii zakaz, a prawo kosztownie respektowane. Taki przeciętny Norweg jak ma jechać 30 na godzinę, to tyle właśnie jedzie. Dlaczego? Ponieważ w kraju fiordów prawo jazdy można mieć tylko raz! Stracisz je przez głupotę… sorry, nie jeździsz. Przerażające! Wracając jednak do naszego podróżowania, oto miejscówka, gdzie znów łapałyśmy stopa w stronę Voss, po lewej nasz wał ziemny za którym mieszkałyśmy :)

063.

Spoglądając na moje skrócone notatki z podróży widzę, że z Eidfjord w stronę naszego kolejnego celu – Alesund – wiozło nas sporo ludzi, ale średnio ich pamiętam… warty wspomnienia jest jeden kierowca, który sam nas złapał… Siedziałyśmy na parkingu koło drogi. On stał tam ze swoim wozem i tak od słowa do słowa wziął nas w podróż. Był to Niemiec, który za pracą i pieniądzem wyemigrował do Norwegii. Te ludzkie migracje chyba nigdy nie mają końca…a w kraju fiordów jest czasem bardzo ciężko trafić na rodowitego Norwega ;)

W pewnym momencie docieramy do kolejnego, typowego miasteczka, jak zwykle małego, z drewnianym białym budynkiem sakralnym jako dominantą, z jedną główną ulicą, i co wspaniałe dla wzroku, bez reklam, syfu i brudu. No jest po prostu ślicznie jak na całym półwyspie, choć deszczowo i powoli późno. Stoimy pod wiatą przystanku. Gram na ukulele, dziewoje śpiewają, i gdy zdarzy się nadjeżdżające auto jedna z nich idzie wyciągnąć kciuk. Gdy postanawiamy, że łapiemy ostatnie 3 auta przed decyzją o spędzeniu nocy w tym miasteczku (co mogłoby zająć i godzinę przy tej intensywności ruchu :P) udaje się zatrzymać młodego chłopaka w czerwonej furce. Okazuje się,że pracuje na platformach koło Bergen, które wszyscy nam wypomnieli, że ominęłyśmy!, a potem wraca dwa dni autem do domu, gdzieś na północy Norwegi. Trafiło więc się nam szczęście jak ślepej kurze ziarno ;) ponieważ spędziliśmy razem wiele kilometrów, gdy za oknem było wieczorem tak…

064.Ania siedziała z przodu, i tak jak jest osobą małomówną tak trafił jej się wygadany Norweg :D My z M. popadłyśmy w kimkę, ale co nieco wyłapałyśmy z ich rozmowy. Smutne jest to, że nie pamiętam ani faktów ani imion jakie padły, ale pamiętam, że byłam pod wrażeniem opowieści naszego kierowcy o przygodach jakie miał biorąc ludzi na stopa, albo pamiętam jak przez mgłę, jak mówił o swojej rodzinie, o wyborze zawodu… No chłopak wygadany i ze ślicznym angielskim :)

Nasza wspólna droga skończyła się w Voldzie, niedaleko Alesund. Tam nocą rozbiłyśmy namiot i po zjedzeniu typowej podróżniczo-norweskiej kolacji, o której będzie więcej za kołem podbiegunowym w połączeniu ze zdjęciem, poszłyśmy spać..Ranek przyszedł do mnie wcześniej więc poszłam biegać. Miałam to w końcu robić to co dziennie by być lepszą badmintonistką, niestety moja niska samodyscyplina wywlekła mnie na bieganie tylko raz :P

Zebrałyśmy namiot, zaczęłyśmy łapać stopy i ruszyłyśmy do Alesund. Zawiozła nas tam kolejna niesamowita para ludzi. Kurczę! To właśnie dla tych spotkań, dla ludzi spotykanych w drodze, tak różnych z milionem przeróżnych historii, jeżdżę stopem :) Buduje mnie to wewnętrznie, sprawdza moje wartości, poszerza światopogląd :) Człowieku – wyjdź w świat! Zobacz, pomyśl, pomóż, działaj!! :)))

Para nas wioząca to mama z córką. Ona nauczycielka. Pierwsza na mojej drodze w ówczesnej wyprawie, ale nie ostatnia. Ma to dla mnie znaczenie dlatego, że w minione wakacje rozmyślałam nas swoją ścieżką zawodową, czy na pewno chcę dalej uczyć w szkole, i chyba telepatycznie przyciągałam nauczycieli. Mogłam porozmawiać o tym jak wygląda u nich system edukacji, jak sama praca, warunki, motywacja, sposób przekazywania wiedzy… no mogłam zadawać wiele pytań :) Ale odpowiedziami nie będę zanudzać. Pani nauczycielka z Norwegii miała pokręconą sytuację rodzinną, co nie jest tam rzadkością. Była po dwóch ślubach, i miała dzieci swoje z jednym i z drugim mężem ale oni też mieli jakieś inne dzieci… i nie mam pojęcia kto do kogo miał wtedy jechać :P W każdym razie pani N. wytłumaczyła logicznie tę sytuację: Skoro kiedyś ludzie spędzali ze sobą całe życie, ale żyli o wiele krócej to chyba normalne, że teraz skoro żyjemy dłużej to potrzebujemy więcej mężów i z jednym to już się nie da wytrzymać całego życia, bo jest ono za długie. :P

No, pożyjemy zobaczymy :) Ja tam bym chciała takiego jednego na całe życie :) o ile i on będzie chciał tyle mnie znosić i będziemy się wciąż wspólnie starać. Jak nie to faktycznie trzeba będzie zastosować system zmianowy ;)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s