SZCZEPIENIA

Łolaboga! Jestem po pierwszej dawce szczepień i wielu godzinach spędzonych na różnych blogach, forach i stronach. Wypracowałam swoją odpowiedź na pytanie na co i kiedy się szczepić :)

DROGA OD POMYSŁU DO SZCZEPIONKI:

Gdy wymyśliłam, że chcę jechać do Azji to moja mama już z pół roku temu przyniosła mi wydruk gdzie mam się zgłosić po szczepienia, no bo się bała, że oleję temat, hulaj dusza, piekła nie ma, nic mi się nie stanie. Z moim ślimaczym rozpędem zabrałam się do tego w zeszłym tygodniu, a wybywam w lipcu. Okazuje się, że najlepiej rozpocząć szczepienia na 6 tygodni przed wyjazdem. Łodzianin musi zgłosić się do szpitala im. Biegańskiego, uprzednio dzwoniąc pod numer 42-251-62-49 by zapisać się na wizytę, która jest 2-3 dni później. Gdy zjawiasz się na wizycie zaczyna się trochę komplikować ;) Idziesz do punku szczepień – tam zakładają Ci kartę – następnie idziesz do lekarza, od Ciebie bada, wypytuje gdzie podróżujesz i wypisuje jakie szczepienia w danym dniu przyjmiesz – z tą rozpiską udajesz się do kasy by zapłacić za szczepienia oraz wizytę (można kartą :>) i już jesteś gotowy by wrócić do punktu szczepień by Ciebie nakłuli. Szczepień jest wiele, ale niektóre są skojarzone, i przyjmuje się je razem, co jest o tyle ważne, że przy jednej wizycie można pobrać maksymalnie 4 szczepionki (po jednej w każdą kończynę). Gdy szczepionka jest w kilku dawkach trzeba udać się za każdym razem do lekarza, by Ciebie zbadał (badanie jest ważne 24 godziny) i wykupić kolejną dawkę szczepionki oraz zapłacić za tę kolejną wizytę (50 zł). Tak. To droga impreza. Do tego dzień przed wizytą i w dniu wizyty nie wolno spożywać alkoholu, a w dniu szczepień nie należy uprawiać sportu i się przemęczać, dlatego do szpitala jechać rowerem mi nie było wolno, co okazało się po szczepieniu całkiem słusznym posunięciem, z faktu drętwiejącej ręki. Warto też zaznaczyć, że istnieją szczepionki na tę samą chorobę ale różnych producentów, więc ceny przeze mnie podawane nie muszą być aktualne na dziś dzień w każdym szpitalu.

SZCZEPIENIA:

1. Tężec, Błonica, Polio. [70 zł]

Podstawową ochroną, która się przydaje w każdej podróży (ponieważ komu się nie zdarzyło zjeść nieumytego jabłka?) jest szczepienie, które się odnawia co 10 lat – Tężec i Błonica. Ostatnie takie szczepienie powinniście mieć zrobione w wieku 18-19 lat. Ważność mojego kończy się 2 miesiące po planowanym powrocie z wyprawy, więc ponowiłam dane szczepienie przed wyjazdem. Szczepionka kosztuje 30 zł, można jednak przyjąć szczepionkę skojarzoną jeszcze z Polio, której koszt wynosi 70 zł. Po szczepieniu drętwieje ramię, tego dnia nie można uprawiać sportu ani się przemęczać.

2. Dur Brzuszny [174 zł]

Szczepimy się na niego co 3 lata. Szczepionka podobnie jak ta na tężec jest bolesna, więc by oszczędzić moją czwartą kończynę to dziś zrezygnowałam z tego szczepienia, i wykonam je wraz z ostatnią dawką na wściekliznę.

3. WZW A [2 x 149 zł]

Jeśli nie byliście szczepieni na WZW B to również trzeba się doszczepić, ale roczniki 1990 i młodsze mają to w pakiecie na dorastanie ;) Szczepienie na WZW A trzeba odbyć dwukrotnie, druga dawka jest pomiędzy 6 a 12 miesięcy od pierwszej, choć w internetach da się wyczytać, że od 6 do 9. Ufam Pani doktor, ale pojawię się znów za 9 miesięcy. Szczepienie odbywa się raz na całe życie. Jest również taka akcja – „Żółty tydzień” w ramach, którego w pobliskich przychodniach można zaszczepić się na WZW B i podobno trochę taniej. Niemniej w mojej rejonowej przychodni, żółty tydzień jest w przyszłym tygodniu a oni nic o tym nie wiedzą…  Z kolei jeśli ktoś chce się zaczepić na WZW A + B (skojarzona szczepionka) to lepiej by robił to razem, bo jest taniej.

4. Wścieklizna [3 x 102 zł + 2 x 102 zł]

Zalecają to szczepienie tym, którzy będą pracować ze zwierzętami. Jednak nie jest to koniec ochrony. Po pierwszych trzech szczepieniach w 0, 7 i 28 dniu jesteśmy ulepszeni ale nie uodpornieni. Jeśli coś nas chapnie (ssak, bo np. na węże to nie działa i trzeba w 24 h jechać po antidotum)  to mamy wtedy tydzień by zgłosić się do lekarza po kolejne dwie dawki leku! Jest to o tyle ważne, bo w chwili gdy się nie zaszczepisz, czeka Ciebie po pierwsze 5 leczniczych zastrzyków a po drugie od ugryzienia masz 24 godziny na kontakt z lekarzem i szczepionkę. Z faktu, że jadę sama i sama o siebie muszę się zatroszczyć, a spać będę nie wiem gdzie, to zdecydowałam się zaszczepić. To mój pierwszy raz w Azji, choć znam takich podróżników, którzy akurat z tego szczepienia rezygnują. Skąd w moich zapiskach dodatkowe 2 x 102? Ponieważ dwa lata po ostatnim szczepieniu należy przyjąć czwartą dawkę, a potem jeszcze po 5 latach kolejną i dalej, by przedłużać to szczepienie, należy szczepić się raz na 5 lat.

5. Japońskie zapalenie mózgu.

Choroba, którą straszą w Azji. Znajomi, którzy podróżowali po tamtych rejonach samodzielnie, po buszach i nieznanych drogach, nie korzystali z tego szczepienia. Nie spotkali też nikogo, kto znałby kogokolwiek, kto miałby tę chorobę. Gdy opowiadałam o tym lekarzowi (bardzo miła pani doktor!! :))) ) to nawet nie próbowała mnie przekonywać, chyba więc nie byłam jedynym rezygnującym z tego szczepienia pacjentem.

INNE:

1. Malaria

Nie ma na to szczepionki. Jest profilaktyka oraz doraźne leczenie tabletkami. Profilaktyka polega na przyjmowaniu leku przez okres podróżowania, ale ma to wątpliwy sens tylko dla ludzi wybywających na tydzień-dwa, ponieważ organizm źle reaguje na przyjmowanie tych leków dłuższy czas, a i w tym krótszym ma sporo skutków ubocznych, w chwili gdy sama malaria nie jest tak straszną chorobą – wygląda trochę jak nasza grypa, trwa trzy dni, a potem jest wszystko git. Jeśli jednak już nas dopadnie wtedy przydadzą się tabletki, należy je przyjmować przez 3 dni cztery razy dziennie. Zużywa się wtedy jedno opakowanie, i należy dokupić następne, które jest ogólnie dostępne. Najpopularniejszy lek nazywa się Malarone, dostępny jest za około 160 zł, ale podobno w internetowych promocjach można upatrzyć jedno opakowanie za 100 zł. Muszę jeszcze sprawdzić jak jest z terminem ważności tych leków.

2. Komary

Szczególnie uciążliwe i niebezpieczne (!) są w porze deszczowej, ale i w porze suchej należy zadbać o własną ochronę. Na rynku internetowym jest polecany i chyba najbardziej popularny środek przeciw ugryzieniom : MUGA. Natomiast w sklepach podróżniczych dostępny jest środek BTT, ale dopiszę więcej jak doczytam o różnicach i co będzie mi lepiej służyć.

3. Biegunka

Uzupełnione będzie za 28 dni, jak pani doktor opowie mi o tym, który lek i kiedy przyswoić :)

PO SZCZEPIENIU:

Po pierwszych szczepieniach dostaje się książeczkę szczepień, w niej rozpisane przyjęte dawki szczepionek oraz ołówkiem zaznaczone kiedy udać się na kolejne. To miło, szczególnie, że niektóre są dopiero za rok czy dwa lata i nie ma mowy by spamiętać daty ;) Jest też coś takiego jak żółta książeczka – to obowiązkowy dokument dla ludzi wybywających do Ameryki Południowej czy Afryki – w nim jest zawarty opis szczepień przeciw żółtej febrze. Kiedy będę jechać do Ameryki Południowej zakupię taką książeczkę i przepiszę aktualne szczepienia. Za normalną książeczkę szczepień się nie płaci, jest w pakiecie, a ja nie lubię wydawać pieniędzy na zaś, bo za wielu ich jeszcze nie wiem, i nie mam pojęcia czy kiedykolwiek zmieni się stan mojego posiadania ;) Niemniej czuję, tak bardzo, jak bogacę się wewnętrznie z każdym wyjazdem i to wnętrze czyni mnie naprawdę szczęśliwą :)

Reklamy

Droga Atlantycka

To jedno z tych miejsc, o którym naoglądałyśmy się filmików i bardzo chciałyśmy je zobaczyć. Magda marzyła o złej pogodzie, nie dopowiedziała jednak bogom, że chodzi jej o mocny wiatr by fale zalewy tę najbardziej niebezpieczną drogę, więc ze złej dostałyśmy bezwietrzny deszcz. Gorzej być nie mogło, choć jeszcze mogłyśmy trafić na wcześniejsze zamknięcie drogi ze względu na warunki atmosferyczne. Dla przeciętnego polaka chyba jest to niewyobrażalne, że można zamknąć drogę bo śnieg, deszcz, wichura, cokolwiek. Jednak w Norwegi wspomniana droga wije się pomiędzy kolejnymi mini wysepkami, wchodzi w górę i schodzi w dół, jest malownicza i fascynująca… ale zanim ją ujrzałyśmy trzeba było pokonać kilka kilometrów stopem.

074.Dnia 17 lipca opuściłyśmy Alesund, do trasy prowadzącej na drogę Atlantycką dowiózł nas kolejny wyemigrowany Niemiec, który miał żonę Polkę. Przesympatyczny człowiek, fan naszej kaszanki i pierogów :) Prowadzi ośrodek nieopodal, zostawił wizytówkę, być może kiedyś go odwiedzę. Oczywiście zrobię to wtedy gdy będę bogatym zewnętrznie człowiekiem (w sensie ktoś będzie mi dużo płacił za coś co lubię robić :P) i stać będzie mnie na wynajęcie pokoju w ośrodku nad oceanem w Norwegi. Póki co jest to abstrakcja i wierzę, że prędzej ten człowiek znów weźmie mnie na stopa ;) Od miejsca gdzie nas wysadził dzieliło nas już niewiele do naszego celu, ale tylko jezdnia dzieliła nas od oceanu! Pierwszy raz w życiu mogłyśmy stanąć na brzegu otwartego oceanu, za którym gdzieś tam przecież widać Amerykę. Śmieszne uczucie. Gdy myślałyśmy o tej chwili miałyśmy plan kąpieli, ale warunki pogodowe bardzo nam to wybiły z głowy. Siąpiło, było wietrznie, chłodno. Poszłyśmy jednak po kamorkach by dotknąć oceanu. Ja z moim ciężkim plecakiem szłam jak najdalej po śliskich kamieniach, dziewoje porzuciły plecaki wcześniej. Sprytne – pomyślałam – miały na plecakach przeciwdeszczowe pokrowce, najpierw leżał jeden plecak pokrowcem do kamienia, by nie zmóc od spodu, a na nim leżał odwrotnie drugi plecak, pokrowcem do nieba, by również nie zmoknąć. Taki los trzeciego – mój plecor leżał sam, bliżej mnie. Po jakimś czasie jak już sobie popatrzyłyśmy na ocean zorientowałyśmy się, że konstrukcja dziewczyn padła, a plecak Magdy wylądował w wodzie… No przecież, jak mają być nieszczęścia to tylko stadami ;)

078.Stanęłyśmy więc w deszczu i czekałyśmy aż ktoś się zatrzyma. Jak już wspomniałam, Magda pojechała w dziurawych starych trekach, więc najszybciej zrobiło jej się zimno i mokro, a jak jeszcze dołożyć do tego mokry plecak z mokrym śpiworem to już nieszczęście gotowe! Magda o 18 stwierdziła, że już chce się rozbić przy tej drodze, że nikt nas nie weźmie, że kierowcy mają z nas tylko bekę, że pada, że zimno, głodno i tragedia. I to był ten moment dla którego docenia się jeżdżenie w więcej osób niż jedna. Zwątpienie, z którego może Ciebie ktoś wyciągnąć. Tym razem byłam wspierającą ale półtora miesiąca później to mnie wspierano. Powiedziałyśmy Magdzie, że nie ma sensu tu zostawać na noc, że trzeba chociaż w pobliże jakiegoś miasteczka dojechać, przecież w końcu się uda! (Ale to grzecznie brzmi :P Jasne, były wióry, kłótnie, brzydkie słowa, ale z czasem wszystko we wspomnieniach łagodnieje :P) Nie stałyśmy jakoś strasznie długo na tym odcinku, ale pogoda potęgowała wrażenie wieczności. Zatrzymał się dla nas pewien Norweg na urlopie. Pojechał specjalnie na drogę atlantycką by porobić jej kilka fotek. Idealne rozwiązanie dla nas! Będziemy mogły się lepiej przyjrzeć kolejnym jej fragmentom :)

079. 080.Imponująca, prawda? :)

Kawałek za drogą zaczyna się miasteczko Kristiansund gdzie dojeżdża się podwodnym tunelem, ale poza świadomością ton wody nad Tobą, jest to nadal zwykły, norweski tunel, tyle, że jeszcze droższy niż inne :P Tam rozstajemy się z naszym fajnym kierowcą, by poznać niesamowitą kobietę. Czy ja już pisałam, że to ludzie są najbardziej mega w podróżowaniu? :D Zabytki, widoki, natura – są boskie, ale bez ludzi to by nie miało sensu… Pani, której dla odmiany imienia nie pamiętam ;) wzięła nas, ponieważ nie mogła sobie pozwolić na to by wiózł nas jakiś facet, przecież to niebezpieczne! Zabawne, ale Skandynawia jest najbezpieczniejsza z krajów Europejskich, a poza tym nam trzem to kto by dał radę? ;) Pani ta zapadła w naszą pamięć opowiadając o swojej podróży życia :) Wyruszyła na rok dookoła świata mając kupiony za 5000 zł (5000 zł!!!!) bilet dookoła świata. Mogła przemieszczać się w dowolnych odstępach czasowych, ale zawsze do przodu. Poleciała więc z przyjaciółką, poznawała kolejne okolice, dorabiała po drodze i przywiozła ze sobą mnóstwo wspomnień. Jedno z jej pierwszych pytań, poza podstawowym zestawem, było pewne zdziwienie: „To wy tyle razem podróżujecie i się jeszcze przyjaźnicie?!”. Wtedy odpowiedziałyśmy, że oczywiście. Po powrocie z wyprawy już rozumiałam jej zdziwienie, ale dziś… dziś jest marzec, i tęsknię za wspólną wyprawą z Magdą i Anią. W grudniu gdy pojechałam do Gdańska, a od końca wyprawy do wtedy ze sobą praktycznie nie rozmawiałyśmy, okazało się, że wszystko jest po staremu, ciepło, przyjaźnie, wspaniale :) Kurczę, uwielbiam dziewoje z Gdańska :) Pani kierowca wysadziła nas na stacji, mówiąc, że gdyby, nie fakt, że musi odebrać dzieci, to by z nami dalej pojechała :) Czekam na dzień, kiedy jakiś kierowca jednak nie będzie mówił „gdyby” i pojedzie ze mną dalej :) Ahoj przygodo! :D Na wspomnianej stacji u kasjera zostawiła list do płacących ludzi by nas wzięli, a nam naskrobała kartkę z napisem Trondheim, by lepiej nam się łapało :)

083.Po stopie z punkiem z psem, wsiadłyśmy do szalonej babci! Kobieta miała z 70-80 lat, kto wie. Mówiła płynnie po angielsku, i była szalona :D Opowiadała, jak to czasem jej noga sama naciska za mocno na gaz a ona orientuje się dopiero po jakimś czasie, że jedzie dużo za szybko, a jak wiemy, w Norwegi to mocne przewinienie. Mieszka w Kristiansund i jechała do swojej „kabiny” czyli chatki gdzieś indziej, wśród przyrody. W Norwegii każdy człowiek ma swoją kabinę, czyli domek letniskowy, ale oni mają tam tyle miejsca, że i tak jest tam wiele zielonej przestrzeni :) Szalona babcia (nie opiszę, ale jej zachowanie w samochodzie o tym dobitnie świadczyły :D) wysadziła nas przy powyższym moście. I nie… to nie jest most na krajowej trasie, to mostek pomiędzy dwoma wiochami na jakiejś mniejszej trasie. I to właśnie pod tym mostem przyszło nam nocować, gdyż utknęłyśmy trochę na dłużej… Na szczęście market był w zasięgu kilometra – jest jedzenie – jest impreza :D

081. 082.

Przed rozbiciem namiotu, który stanął tuż przy drodze, obok ławki dla spacerowicza, bo nigdzie indziej nie szło wbić szpilek od naszej noclegowni, posiliłyśmy się wspaniałą kolacją niczym z obrazka, co widać na górnej fotografii. Na dolnej natomiast na pierwszym planie jest nasz stały składnik – tuńczyk – oraz ciastka mocy. Może i nie miałyśmy zróżnicowanego jedzenia, ale za to było tanio, niemniej smacznie! :) Magda miała zwyczaj robić zdjęcia naszym miejscom noclegowym wraz z namiotem, ja natomiast dokumentowałam spożywane posiłki :) Do jadłospisów jeszcze wrócę ;)

Następnego dnia rano próbowałyśmy się wydostać. W sklepie była toaleta więc świeże i pachnące, napojone udawanym sokiem, ruszyłyśmy w stronę Trondheim. Przed wyjazdem miałam wątpliwości, czy przejedziemy wyznaczoną trasę, przecież kto jeździ na północ Norwegi? W Europie centralnej ruch jest ogromny, a tam z każdym kilometrem mniejszy… Po wyprawie wiem, że nie było czego się bać i w co wątpić, ale zawsze jest nutka niepewności gdy udaje się człowiek w nieznane… W każdym razie, po wielu trudach łapiemy stopa, który podwozi nas na prom. Wsiadamy, płacimy (często jak jechałyśmy z kierowcą to on płacił za nasz pobyt na promie, z ich zniżkami i zarobkami to zapłata za nasz prom była znikoma, jednak dla nas jako obcych, pieszych i z polską walutą, kilkanaście złotych za przepłynięcie w poprzek małego fiordziku to sporo) i znajdujemy się na pięknej drodze do Trondheim. Obok sklep, a my czekamy na przypływające z nowymi autami promy by łapać stopy. W sklepie kuszę się na urozmaicenie posiłku – kupuję jogurt waniliowy, ale wanilię to on miał tylko na obrazku :P By dało się go spożyć został połączony z kanapką z czekoladą i jakoś to poszło ;)

085.Zawsze wierzę, że jak muszę długo czekać na stopa to zawsze dzieje się to po to bym mogła pojechać z wyjątkowymi ludźmi. Im dłużej czekam tym będzie bardziej wyjątkowo. Choć Jacek z Goteborga jest przykładem, że można w ogóle nie czekać i spotkać człowieka, który zmienia Twoje życie :) Ale zasada działa w stronę wydłużonego czekania… o ludziach, którzy nas zabrali, z którymi podróżowałyśmy przez kolejne 3-4 dni i wcielałyśmy się w kolejne role, w następnym, ostatnim norweskim wpisie :) A poniżej, na koniec, moje popisowe podróżnicze danie – zupka w proszku zaprawiana chlebem :D

084.

Alesund – miasto w Oceanie

Alesund jest miasteczkiem położonym na skraju lądu, na wyspach i półwyspach wcinających się w ocean. Z pobliskiego pagórka roztacza się przepiękny widok w towarzystwie głośno dudniących statków, które mijając się pozdrawiają.

066.To właśnie tutaj miałyśmy możliwość pomieszkać u prawdziwego Norwega, co jak wcześniej napisałam, nie jest takie proste. Marius, nasz host, sam o sobie mówi, że jest nietypowym norwegiem, więc tylko „połowicznie” mogłyśmy poznać dom z tej części świata od środka. Nasz gospodarz mieszka w miesteczku nieopodal Alesund, jednak co dziennie jeździ tam do pracy mijając po drodze przeprawę promową. Promy… są ich w Norwegii tysiące! Co chwile przecina się fiordy, gdzie jedynym sposobem na przedostanie się na drugą stronę jest przepłynięcie promem. Oczywiście, można też objechać fiord, ale dodatkowe 200 km to trochę zbyt dużo w drodze do pracy ;) Na każdym promie jest dostęp do baru gdzie rzeczy są drogie nawet jak dla zwykłego Norwega. Z promami jest jak z tunelami – po pewnym czasie nudzą, ale jest wyjątek. Prom odzyskuje swoją wielką wartość w chwili gdy przecinamy fiord otoczony niesamowitym widokiem, co miało miejsce w okolicy Lofotów, ale o tym później ;)

071.Wracają do Mariusa, mieszka on w domu jednorodzinnym, takim małym gospodarstwie, podzielonym na pół z ojcem, ale mam wrażenie, że Ci dwaj mężczyźni są z różnych bajek i nie koniecznie za często ze sobą rozmawiają. W łazience (chyba wspólnej) znajdowała się pralka, a my po tygodniu w górach miałyśmy kilka rzeczy do prania. Magda podjęła się zostania naszą pralniową, w czasie gdy ja poszukiwałam nam hostów na kolejne etapy wyprawy. Gdy zajrzała do pralki wiedziała już, że nigdy do niej nie zaglądała żadna kobieta. To był jeden wielki syf. Pierwsze minuty (godziny?:P) Magda spędziła na wyczyszczeniu pralki by móc tam włożyć nasze niby brudne rzeczy, bo w porównaniu wypadały one całkiem zacnie ;) Magda walczyła z łazienką, a ja siedziałam w salonie, który swoją wielkością przypominał moje całe łódzkie mieszkanie… W tym wielkim pokoju była ogromna sofa z widokiem na zestaw kinowy, regał z dziesiątkami gier wideo, planszówek i filmów. Dalej stała maszyna do rzutek, jak w typowym polskim pubie oraz trambambula. Marius pochwalił się, że jest mistrzem w trambambule, ale z M. pokazałyśmy moc Polek :> Spędziliśmy wspólnie z Mariusem dwa wieczory na graniu w norweskie czarne historie, ryzyko i oglądając norweskie programy ukazujące ich „kulturę”, zwyczaje…

072.(Początek gry i moja maksymalna ilość żołnierzy na planszy. Nie mam szczęścia w kościach, albo nie ogarniam gier strategicznych ;) )

Oglądaliśmy filmy o dziwnych norweskich pojazdach bez hamulców, albo bez pedałów… coś jak nasze gokarto-samochodziki przy nadmorskich pasażach napędzane pedałami jak w rowerze, ale trójkołowe. Zupełnie nie pamiętam jak to się nazywało, ale z Mariusem mieliśmy wyjść na wzgórza zjeżdżać na takich mimo, że wcześniej pokazał nam jak boleśnie i krwawo to się zazwyczaj kończy. Szczęście w nieszczęściu – wieczorami zawsze padał deszcz, który uchronił nasze twarze przed ewentualnym zmasakrowaniem :P Oglądaliśmy więc kolejne filmy w tym reportaż pokazujący jak Norwegowie świętują prawie zakończenie szkoły. Prawie, ponieważ dzieje się to od 1 do 17 maja, gdzie pierwszego kończą zajęcia w szkole, ale po siedemnastym mają egzaminy kończące :P Te 17 dni, które kończą się w dniu odzyskania niepodległości upływają na jednym wielkim piciu, i nie, nasze polskie juwenaliowe picie może się schować… To właśnie w tej podróży uświadomiono mi, że Skandynawia ma całkiem niezły problem z alkoholem z czego wynikają sklepowe ograniczenia o dostępności procentowych napoi. Fajnym zwyczajem jest sposób ubioru. Ludzie zakładają jedne z czterech kolorów spodni, w zależności od rodzaju uczelni jaki kończą, czerwone, czarne, chyba zielone i nie pamiętam…niebieskie? Dziś większość od razu kupuje czerwone by się nie wyróżniać i być na tym samym poziomie, by nikt nie patrzył na nich – o ten ma czarne – kończył tylko zawodówkę. Tak więc ludzie kupują czerwone spodnie, czerwone imprezowe busy, zmawiają się po kilka-kilkanaście osób i jadą balować przez ponad dwa tygodnie. Więcej możecie przeczytać i zobaczyć na fotkach tutaj: http://www.hja.no/norways-insane-graduation-celebrations/ , choć na całe szczęście norwegów, nikt ich nie sfotografował nocą ;)

068. 067.Wracając do Alesund – ładne miasteczko – przeszłyśmy, zwiedziłyśmy, tysiąca na górze rozegrałyśmy, ciastka zjadłyśmy :) Wszystko jest jak należy. Magda znalazła „tanią” kawę, a my „tani” chleb :) Niemiecka wycieczka emerytów pytała nas na wzgórzu w co gramy, ale niestety nie mogli się dołączyć, nie znali zasad… jak to możliwe?! :P W Alesund już wiedziałyśmy gdzie kupować, gdzie dla nas będzie najtaniej…

065.oraz co kupować, by było smacznie i tanio! Pokochałam tuńczyka na tych wakacjach :) I jest tańszy niż w Polsce… U nas taka puszeczka chodzi po 4 zł, a tam po 2 zł, więc przy ich chlebie za kilkanaście złotych to tuńczyk kosztuje nas tyle co cebula, tyle,że jest smaczniejszy i da się go od razu jeść. Tak, tuńczyk towarzyszył wszystkim naszym posiłkom! Ale pamiętajcie – nie da się na nim wyżyć roku w Norwegi, ze względu na dużą zawartość rtęci.

070.Spędziłyśmy w Alesund miłe trzy dni, że aż trzeba było tam wrócić… pół godziny po opuszczeniu miasteczka ;) Stałyśmy już na „wylotówce” i łapałyśmy stopy wyjeżdżające z promu, gdy Ania zorientowała się, że zostawiła bluzę u Mariusa. Nie byłoby w tym nic strasznego gdyby nie fakt, że to jedyna bluza Ani, i nawet przy jej niemarznącym organizmie, jest przydatna. Ania zaczepiła więc jakąś panią na promie, wytłumaczyła sytuację i podjechała do domu Mariusa, odebrała od jego taty zgubę i wróciła do nas. Czas oczekiwania spędziłyśmy na jedzeniu. To takie fajne w podróży, żyjesz dniem dzisiejszym i jedyne o czym myślisz to jedzenie, spanie i mycie :D Więc jak się nie przemieszczamy, nie zwiedzamy, nie działamy to wykonujemy jedną z wcześniej wymienionych czynności. No, albo gramy w tysiąca ;) Ewentualnie śpiewamy w oczekiwaniu na prom albo by zwabić kierowców :)

073.Z Alesund kojarzą mi się jeszcze dwie historie. Wsiadając do autobusu z miejsca pracy Mariusa do jego domu zobaczyłyśmy koło kierowcy teczkę z polsko brzmiącym nazwiskiem. Okazało się, że dla odmiany to kolejny Polak pracujący w Norwegi, a my dzięki temu jechałyśmy jako dzieci, czyli za dużo mniejsze pieniądze. Pan kierowca wyjechał tutaj z całą rodziną, ale by nie pracować byle gdzie, choć to i tak dawało dużo lepszą kasę niż w Polsce, to nauczył się norweskiego by zarabiać po norwesku. Nieźle! :) Norweski jest chyba najłatwiejszy dla Niemców, sporo wspólnego, ale nie jest tak sztywniacki ;)

Druga historia wiąże się z Ani studiami. Zawsze jak z kimś jedziemy to pytają nas co tu robimy, gdzie podróżujemy i czym się zajmujemy w Polsce. Aneczka studiuje geodezję. Po zwiedzeniu wielu europejskich krajów mam wrażenie, że tylko u nas jest to osobny kierunek, ponieważ jedyne z czym mylą angielką nazwę jej kierunku jest geologia i nikt nie kuma o co chodzi z geodezją. Jednak właśnie w Alesund wziął nas na stopa (z obrzeży miasta do centrum :P ale z 10 km to było!) pan inżynier, z którym Ania wreszcie mogła pogadać po fachowemu :) Niemniej nadal nie znam lepszego określenia po angielsku na fach Ani, tak by inni szybko skojarzyli czym się ona zajmuje :P

Znów na północ!

Gdy nastał upragniony poniedziałek zakupiłyśmy w sklepie wszystkie niezbędne produkty, w tym chleb jak zwykle najtańszy, bez ziaren, dodatków, a najlepiej dwudniowy, wtedy jego cena potrafiła wynosić tylko 5 zł, a taki przecięty chleb Norwega to koszt około 13 zł. Burżuje :P W każdym razie przed sklepem spotkałam parę z Pabianic, rowerzyści. Wszystko super, ale mieli jeden wielki problem, nie mogli jeździć tunelami, jako , że jest w Skandynawii zakaz, a prawo kosztownie respektowane. Taki przeciętny Norweg jak ma jechać 30 na godzinę, to tyle właśnie jedzie. Dlaczego? Ponieważ w kraju fiordów prawo jazdy można mieć tylko raz! Stracisz je przez głupotę… sorry, nie jeździsz. Przerażające! Wracając jednak do naszego podróżowania, oto miejscówka, gdzie znów łapałyśmy stopa w stronę Voss, po lewej nasz wał ziemny za którym mieszkałyśmy :)

063.

Spoglądając na moje skrócone notatki z podróży widzę, że z Eidfjord w stronę naszego kolejnego celu – Alesund – wiozło nas sporo ludzi, ale średnio ich pamiętam… warty wspomnienia jest jeden kierowca, który sam nas złapał… Siedziałyśmy na parkingu koło drogi. On stał tam ze swoim wozem i tak od słowa do słowa wziął nas w podróż. Był to Niemiec, który za pracą i pieniądzem wyemigrował do Norwegii. Te ludzkie migracje chyba nigdy nie mają końca…a w kraju fiordów jest czasem bardzo ciężko trafić na rodowitego Norwega ;)

W pewnym momencie docieramy do kolejnego, typowego miasteczka, jak zwykle małego, z drewnianym białym budynkiem sakralnym jako dominantą, z jedną główną ulicą, i co wspaniałe dla wzroku, bez reklam, syfu i brudu. No jest po prostu ślicznie jak na całym półwyspie, choć deszczowo i powoli późno. Stoimy pod wiatą przystanku. Gram na ukulele, dziewoje śpiewają, i gdy zdarzy się nadjeżdżające auto jedna z nich idzie wyciągnąć kciuk. Gdy postanawiamy, że łapiemy ostatnie 3 auta przed decyzją o spędzeniu nocy w tym miasteczku (co mogłoby zająć i godzinę przy tej intensywności ruchu :P) udaje się zatrzymać młodego chłopaka w czerwonej furce. Okazuje się,że pracuje na platformach koło Bergen, które wszyscy nam wypomnieli, że ominęłyśmy!, a potem wraca dwa dni autem do domu, gdzieś na północy Norwegi. Trafiło więc się nam szczęście jak ślepej kurze ziarno ;) ponieważ spędziliśmy razem wiele kilometrów, gdy za oknem było wieczorem tak…

064.Ania siedziała z przodu, i tak jak jest osobą małomówną tak trafił jej się wygadany Norweg :D My z M. popadłyśmy w kimkę, ale co nieco wyłapałyśmy z ich rozmowy. Smutne jest to, że nie pamiętam ani faktów ani imion jakie padły, ale pamiętam, że byłam pod wrażeniem opowieści naszego kierowcy o przygodach jakie miał biorąc ludzi na stopa, albo pamiętam jak przez mgłę, jak mówił o swojej rodzinie, o wyborze zawodu… No chłopak wygadany i ze ślicznym angielskim :)

Nasza wspólna droga skończyła się w Voldzie, niedaleko Alesund. Tam nocą rozbiłyśmy namiot i po zjedzeniu typowej podróżniczo-norweskiej kolacji, o której będzie więcej za kołem podbiegunowym w połączeniu ze zdjęciem, poszłyśmy spać..Ranek przyszedł do mnie wcześniej więc poszłam biegać. Miałam to w końcu robić to co dziennie by być lepszą badmintonistką, niestety moja niska samodyscyplina wywlekła mnie na bieganie tylko raz :P

Zebrałyśmy namiot, zaczęłyśmy łapać stopy i ruszyłyśmy do Alesund. Zawiozła nas tam kolejna niesamowita para ludzi. Kurczę! To właśnie dla tych spotkań, dla ludzi spotykanych w drodze, tak różnych z milionem przeróżnych historii, jeżdżę stopem :) Buduje mnie to wewnętrznie, sprawdza moje wartości, poszerza światopogląd :) Człowieku – wyjdź w świat! Zobacz, pomyśl, pomóż, działaj!! :)))

Para nas wioząca to mama z córką. Ona nauczycielka. Pierwsza na mojej drodze w ówczesnej wyprawie, ale nie ostatnia. Ma to dla mnie znaczenie dlatego, że w minione wakacje rozmyślałam nas swoją ścieżką zawodową, czy na pewno chcę dalej uczyć w szkole, i chyba telepatycznie przyciągałam nauczycieli. Mogłam porozmawiać o tym jak wygląda u nich system edukacji, jak sama praca, warunki, motywacja, sposób przekazywania wiedzy… no mogłam zadawać wiele pytań :) Ale odpowiedziami nie będę zanudzać. Pani nauczycielka z Norwegii miała pokręconą sytuację rodzinną, co nie jest tam rzadkością. Była po dwóch ślubach, i miała dzieci swoje z jednym i z drugim mężem ale oni też mieli jakieś inne dzieci… i nie mam pojęcia kto do kogo miał wtedy jechać :P W każdym razie pani N. wytłumaczyła logicznie tę sytuację: Skoro kiedyś ludzie spędzali ze sobą całe życie, ale żyli o wiele krócej to chyba normalne, że teraz skoro żyjemy dłużej to potrzebujemy więcej mężów i z jednym to już się nie da wytrzymać całego życia, bo jest ono za długie. :P

No, pożyjemy zobaczymy :) Ja tam bym chciała takiego jednego na całe życie :) o ile i on będzie chciał tyle mnie znosić i będziemy się wciąż wspólnie starać. Jak nie to faktycznie trzeba będzie zastosować system zmianowy ;)

Eidfjord i droga nad wodospad

Wyruszając na północ z Tyssedal w kierunku Voss, zanim przemierzyłyśmy most nad fiordem skręciłyśmy w prawo do miejscowości Eidfjord, z której następnego dnia z rana miałyśmy ruszać nad wodospad. Jeżdżenie stopem wzdłuż fiordów o zachodzie słońca zawsze przynosiło nam wspaniałe widoki. Uwielbiam poniższe zdjęcie, ponieważ pokazuje skały chowające się za sobą, albo raczej wyłaniające się zza siebie. Cudo :)

055.Dowiózł nas tam pewien stary Duńczyk, który jest fotografem. Pokazywał nam przeróżne foldery gdzie są jego zdjęcia. Zjeździł stopem cały świat. I podróżuje aktualnie z 50 lat młodszą Filipinką… O sprowadzaniu Filipinek już trochę słyszałyśmy. Jako, że europejskie kobiety takie niezależne, samodzielne, pracujące, robiące karierę, to mężczyźni zatęsknili za domowym ciepłem, i taką dawną kurą domową, więc co bogaty i stary Skandynaw robi? Sprowadza sobie kobietę ze wschodniej Azji, z kultury gdzie kobieta nie pracuje a zajmuje się domem. Trochę nie chciałam w to wierzyć, ale gdy zobaczyłam to na własne oczy… Duńczyk-fotograf tłumaczył, że ona jest tu na wakacjach na 3 miesiące… ale mieli jedno łóżko i wspólne życie w tym camperze… Dobrze, że Polacy nie tacy majętni i za żony biorą również te silne i niezależne, jest i dla mnie więc nadzieja :P

Wieczorem rozbiłyśmy namiot za wałem ziemnym, z którego roztaczał się widok na pobliskie miasteczko. By oszczędzić nasze ostatnie kromki chleba uparzyłyśmy sobie zupki w proszku.Wieczór mijał nam pięknie i spokojnie, nie wróżąc niczego złego…

056. 057.Gdy następnego dnia rano zrobiłam wraz z jedną z dziewoj wycieczkę do wyczekanego sklepu (no bo zapasy nam się skończyły) spotkała nas smutna niespodzianka… jakoś tak nie przemyślałyśmy i zupełnie się nie spodziewałyśmy… że w niedzielę (to było nieszczęsnego 13 lipca) wszystko będzie zamknięte… Co w takiej sytuacji należy zrobić? Proste – przeleżeć dzień by nie tracić energii i doczekać kolejnego na wznowienie funkcjonowania organizmu ;)

I tak działo się prawie cały dzień… popołudniem coś w nas wstąpiło i postanowiłyśmy jednak, mimo wszystko, jechać nad wodospad, który znajdował się nieopodal naszej felernej miejscowości. Dojechałyśmy tam chyba nawet jednym stopem. Oczom ukazał się imponujący wodospad, może nie za szeroki, ale jeśli przyjrzeć się zdjęciu to można ujrzeć na szczycie spory hotel…

059.058.Usłyszałyśmy też historię, że dziś spadła tam kobieta… dziewczęta podchwyciły, a ja im towarzyszyłam jako fotograf ;) Norwegowie w swoim umiłowaniu do przyrody nie stawiają miliona odblaskowych barierek, liczą na ludzki rozum. Moim zdaniem słusznie, jeśli ktoś rozumu nie używa następuje naturalna selekcja. Oczywiście są wypadki, i nie każdy kto ginie w górach jest sam sobie winien, ale serio, by w tym miejscu zginąć to trzeba na prawdę tego chcieć.

062.W drodze nad wodospad, bo to nie jest jeden punkt widokowy, natrafiłyśmy na polanę gdzie M. znalazła malinę nordycką, która jest pod ochroną. Tak bardzo się nią zachwycała, że aż zapamiętałam jej nazwę, co z moją pamięcią i brakiem umiłowania do rozróżniania roślin graniczy z cudem. Do dziś chce mi się śmiać, jak M. mnie oświeciła, że to co nazywam jaśminem jest jednak jabłonią. Przecież i tu i tu są białe kwiatki ;) „i jaśminem pachną Twoje słowa…”

060.Z wycieczki wróciłyśmy skłócone. Wróciłyśmy za nasz wał ziemny, by doczekać otwarcia sklepu dnia następnego. A skłócone ponieważ, nie wszystko przegadałyśmy przed wyprawą. A podczas niej tylko bardziej i mocniej się fochałyśmy…w  pewnym momencie o totalne głupoty… ale jeszcze jakieś 2 tygodnie nam zajęło by wreszcie przegadać naszą sytuację, i to tylko dzięki Panu – ale o tym więcej przy okazji podróży po Finlandii :)

061.

Trolltunga czyli Język Trola

Nadeszły wreszcie te dni, gdy w pełni mogłyśmy poczuć norweskie piękno przyrody. Wyjechałyśmy za miasto, przez Voss do Tyssedal, stamtąd już w stronę wejścia na szlak, wąską krętą ścieżką, gdzie wyminięcie się dwóch aut było cudem. Dotarłyśmy wieczorem do miejscowości Skjeggedal gdzie rozbiłyśmy nasz namiot. Z każdym kolejnym kilometrem noc przychodziła do nas później, co raz częściej trzeba było się pilnować by o słusznej porze pójść spać.Tu podzielę naszą historię na kilka etapów.

1. Przednocleg.

Tego wieczora poznałyśmy trójkę sympatycznych duńczyków. My trzy, ich troje, już po pierwszych 5 minutach miałyśmy podzielone, który z nich będzie czyim chłopakiem :P Z faktu, że my wysiadłyśmy ze stopa, a oni zeszli z gór, nasze stroje nieco się różniły.. gdy zobaczyli mnie w sandałkach zupełnie niesportowych, letnich spodniach i bawełnianej koszulce to spytali z politowaniem – czy my chcemy tak tam wchodzić. Jak to pozory mogą mylić! Ciężar mojego plecaka wynikał między innymi z faktu noszenia ze sobą całego stroju na górską wyprawę. :>

Chłopcy będąc już kilka ładnych dni na górskich szlakach postanowili iść wcześniej spać, starałyśmy się więc dokończyć nasz wieczór w ciszy. Jak wcześniej wspomniałam, upolowałyśmy pizzową promocje, dwie mrożone pizze, każda po 5 zł, co na polskie warunki jest tanioszką a na norweskie jest niczym trafienie 5 w totolotka ;) W naszym wyposażeniu była jedna menażka, butla z gazem oraz moje doświadczenie w przygotowywaniu pizzy na parze w warunkach turystycznych ;) W menażkę wlałyśmy wodę, nałożyłyśmy denko, a na nim grzała się nasza pizza. Niestety pizza była większa niż denko, a my głodne, więc brzegi pizzy roztopić się nie chciały, a my łakomo podjadałyśmy brzegi (co widać po stanie pizzy na poniższym obrazku;) ). Chyba było w miarę smacznie, choć dla mnie noc skończyła się bez snu a z bólem brzucha, gdyż żołądek jeszcze nie był w stanie tego dobra znieść ;) Po pysznej kolacji usnęłyśmy by rano rozpocząć naszą wędrówkę na szczyt.

033.2. Droga na szczyt.

Oj, to chyba mentalnie najdłuższa część naszej wyprawy… Rano po zwinięciu namiotu Magda wyruszyła przed nami, ponieważ dużo wolniej wchodzi i woli samodzielnie pokonywać drogę w górach. Razem z Anią rozpoczęłyśmy wspinaczkę, bo inaczej nie da się nazwać podejścia na pierwszym fragmencie szlaku. Krok za krokiem, zza ciężkim plecakiem, pot lał nam się z czoła, ludzie z gorszą kondycją stawali na drodze ciężko sapiąc, bo chyba nikt się nie spodziewał, że „niedzielny spacerek” na najbardziej znaną, przez co obleganą skałę w Norwegii, może być tak ciężki. W Skandynawii nie istnieje znane u nas oznaczanie szlaków, tam w ogóle starają się nie ingerować w przyrodę i chwała im za to. Niemniej jedną z metod kontroli siebie czy nadal się jest na szlaku, poza podążaniem za tłumem, są tabliczki odliczające kilometraż. Dowiedziałam się o tym gdy spotkałam pierwszą. Z daleka miga mi symbol szlaku, ja już od godziny jak nie lepiej się wspinam, podchodzę do znaku i jawi mi się taki oto napis:

034.W głowie krzyczał mi tylko głos „co?!, przecież już idę tak długo!”. No ale niestety, skały, stromizna, ciężki plecak robią swoje, choć ludzie bez obciążenia nas nie wyprzedzali. Obok tabliczki płynął strumyk, usiałam więc koło niego czekając na Anię. Zrobiłyśmy sobie odpoczynek oglądając turystów i ich reakcje na tabliczkę ukazującą ile już przeszli. Nie wiem, ale domyślam się, że poznałam słowo „fuck” w wielu językach :P Wzięłam też od Ani część namiotu. Może nie skaczę po górach jak kozica, ale mogę iść kilometrami z dużym obciążeniem. Tak wtedy mi się jeszcze wydawało, ponieważ w Rydze stawy w kolanach powiedziały „mięśnie to może masz, ale metryki nie oszukasz, kolan tak tyrać nie wolno”.

035.Od rzeczki czekał na nas już płaskowyż. Nie wiem czy dobrze używam tego słowa, ale teraz przez kilka kilometrów szłyśmy po płaskim i uroczym terenie. Wyszłyśmy z lasu, rozpościerał się przed nami widok na góry, śnieg w oddali. Dogoniłyśmy Magdę. Wspólnie doszłyśmy do wniosku, że trzeba ubrać coś na głowę, bo mimo, że to norweskie lato to słońce całkiem ostro zacina. I tak oto trzy babuszki wyruszyły dalej.

036.

Z każdym kilometrem, i kolejną osiąganą tabliczką, serce biło szybciej, nie tylko ze zmęczenia, ale i z radości, że już niedługo ujrzymy wspaniałą skałę, choć pewnie z naszymi lękami na nią nie wejdziemy… ;) Po przejściu części płaskiej przyszła kolej na skaliste podejście, mniej strome niż to na początku, ale znów pod górę. To właśnie tam z góry lało się na nas słońce a pod stopami, pierwsze raz w życiu, w lipcu, miałyśmy śnieg! :)

037.Magda znów szła przed nami, więc z Anią mamy zdjęcia takie jak to powyżej a M. ma selfi za selfi ;) W pewnym momencie słyszę od Ani, że widzi Magdę z przodu i że leży na śniegu. Pomyślałam – pewnie się świetnie bawi i robi tak zwane „aniołki”. Gdy już i ja ją zobaczyłam była w fazie zdjęcia plecaka, rzucania nim przed siebie i próbie przyczłapania się do niego nie ześlizgując się w dół. Dla nas być może było to zabawne, ale M. zdecydowanie sporo złości włożyła w tę akcję. Dlaczego tak się stało? M. przed wyjazdem na wyprawę…zgubiła buty, spore, masywne treki zdematerializowały się. Szukała ich sporą ilość czasu, ale bezskutecznie, co poskutkowało wzięciem w podróż starych, startych butów. Ślizgały się więc, miały dziury, ale o dziurach jeszcze napiszę gdy dojedziemy bardziej na północ :)

038. 039.

040.Jak to słychać na yapie – góry to nasze spiętrzone marzenia. No i coś w tym jest. Widoki wspaniałe, dlatego w drodze na szczyt zrobiłyśmy sobie przerwę, niby na chwilę, cyknęłyśmy foto i popadłyśmy w drzemkę. Może było to 30 a może 60 minut… nie pamiętam, ale słońce grzało nas cudnie, co w chwili pisania tych słów i obserwowania za oknem czarnych burzowych chmur przeplecionych śniegiem, jest wspaniałym wspomnieniem :) Wracając jednak do postoju oto zdjęcie zrobione samowyzwalaczem w aparacie stojącym na moim plecaku, i wierzcie mi, to najlepsze zdjęcie z tego miejsca, gdyż przechodzący wtedy obok nas turyści jakoś nie chcieli stanąć na wysokości zadania :P

041.I jest! Moja ulubiona tabliczka! Czekałam na nią :> Teraz już ostatnia prosta. Dostałam dodatkowej energii i ruszyłam przed siebie na szczyt! Gdy już stałam i podziwiałam widoki podszedł do mnie pewien turysta i spytał się czy wiem, że jestem cała oparzona. Zbagatelizowałam jego słowa, przecież nigdy nie stosuję kremów, zawsze pięknie się opalam,a teraz jestem w Norwegii, gdzie lato może się chować przed naszym… Nic bardziej mylnego! Skandynawskie słońce jest może nie tak gorące, ale za to piekielnie ostre…

042.3. Szczyt.

Miałyśmy wejść, przenocować i następnego dnia ruszyć dalej, dzięki mapie, którą dostałyśmy od duńczyków. Skończyło się na tym, że spędziłyśmy na skale cały dodatkowy dzień, ale było warto, bo mogłyśmy całą sobą chłonąć otaczające nas piękno, w pełnym słońcu jak i o zachodzie i w nocy, a o każdej porze dawało to nam inny rodzaj piękna :) Ale po kolei! Pierwszym punktem naszej wycieczki było oczywiście zrobienie sobie zdjęcia na skale. Okazało się, że skała nie jest taka straszna bo język jest wysunięty pod lekkim kątem do góry, co daje poczucie bezpieczeństwa.

043.Gdy pierwsze fotki zostały cyknięte, dziewoje ruszyły na poszukiwanie dobrego miejsca na namiot, a mi przypadło w udziale pilnowanie dobytku. Gdy tak leżałam zagadały mnie dwie turystki z wilczurem, a może turystki to złe określenie? To były dwie kobiety będące niczym Tomb Raider. Poczęstowały mnie kiełbasą z renifera. Miałam trochę wyrzuty, bo to takie ładne zwierzę, jeszcze go na żywo nie widziałam, a mam już je jeść… Zaspokoiłam ciekawość, zjadłam plasterek, a potem do końca dnia nie mogłam pozbyć się z ust tego obrzydliwego smaku. Zdecydowanie nigdy w życiu nie zjem więcej renifera!

047.046.Gdy już dziewoje wróciły i wiedziałyśmy gdzie rozbijemy obozowisko zabrałyśmy się za gotowanie obiadu. Gdy skończyłyśmy większość ludzi już zeszła ze skał, a my mogłyśmy zrobić sobie całą sesję pamiątkowych zdjęć, bo miejsce to jest niezwykłe. Namiot nasz stanął za skałami, ale z widokiem jak na zdjęciach powyżej. Gdy już się rozpakowałyśmy wyszłyśmy na górską polanę by zagrać partię w tysiąca, tak dla odmiany ;)

048. 049.Gdy tylko słońce zaczęło chylić się ku zachodowi odczułyśmy chłód. Pewnie też dla tego,że zostałyśmy spalone słońcem. Wiatr się wzmógł, a my zakładałyśmy na siebie kolejne warstwy. Otaczała nas cisza, piękno, a od pewnego momentu zachód słońca…

050.…a przy zachodzącym słońcu najlepiej widać zdobyczną opaleniznę, albo spaleniznę buraczanej gęby ;)

052.Gdy już zrobiło się odpowiednio ciemno, choć to słowo nieco nad wyraz, Ania udała się do namiotu zaznać snu, a my z Magdą usiadłyśmy na polanie z ukulele i prześpiewałyśmy przy księżycu pół naszego śpiewnika. Bardzo dobrze wspominam ten wieczór, tak ciepło na sercu się robi, bo lubię góry, Magdę, śpiewanki, i chłonąć przyrodę. Szkoda, że Ania poszła już spać, ale to był jej jednorazowy wybryk ;) w sensie opuszczenie śpiewanek ;)

053.Powyższe zdjęcie jest robione nocą ;)

Następnego dnia wykurzyło nas z namiotu słońce. Gdy dodreptałyśmy do naszej skały zobaczyłyśmy 40 osobową kolejkę do zrobienia zdjęcia. Masakra! Jak to dobrze, że na górę wdrapałyśmy się z całym sprzętem i mogłyśmy podziwiać przestrzeń prawie samotnie. Poza nami było jakieś 5 par, ale namioty tak daleko od siebie, że człowiek czuł się swobodnie :) Cały dzień minął nam na niczym, trochę gotowania, trochę leżenia, trochę tysiąca… i dużo uciekania w cień! Moje całe ramiona tak mnie bolały, że noszenie bluzki z długim rękawem stało się koniecznością. Magda zrobiła artystyczne zdjęcie połączenia mapy od duńczyków z krajobrazem zastanym :)

051.Wieczorem na szczyt wdrapało się dwóch Niemców. Tak przechodzili koło nas, coś tam zagadali, potem minęłam ich na spacerze, ale mnie nie rozpoznali bo spytali się czy jestem tu sama.. Zaprosiłam ich na herbatę do nas, znaczy przed nasz namiot. I tak od słowa do słowa poplotkowaliśmy sobie cały wieczór…aż do chwili gdy znów zaczęło chować się słońce, wzmógł się wiatr, powiało chłodem, a chłopaki… nie mieli nic ze sobą! Pomyśleli, że skoro na dole takie skwary to wezmą tylko śpiworki i kimną się gdzieś między kamieniami. Jako, że jestem zmarzluchem to miałam ze sobą sporo ciepłych rzeczy, więc się z nimi podzieliłam. Oczywiście ich męska część kazała odmawiać, to dostali je z adnotacją, że nie muszą używać i sobie mogą podłożyć pod głowę. Fajnie potem było mieć bluzę ładnie męsko pachnącą ;)

054.4. Zejście.

Dnia trzeciego, niestety wcale nie tak z rana, nastąpiło zejście. Magda wystrzeliła pierwsza, a pół godziny po niej ja z Anią. Zabawnym było, że nie pomyślałyśmy, iż jedzenie mamy podzielone… I gdy na postoju chciałyśmy zjeść to został nam chleb z cukrem… W sumie gdyby Magda była obok za wiele by to nie zmieniło, bo wtedy po prostu miałyśmy jedzenie na wykończeniu ;) Schodziłyśmy do miejsca gdzie na dole mieli czekać na nas poznani Niemcy. Okazało się bowiem, że zapewnienia Magdy, że jej aparat pomieści 2000 zdjęć są nieprawdziwe i w chwili cykania fotek na szczycie zapchała się nam karta. Nasi nowi koledzy jednak mieli zaparkowanego busa na początku szlaku, a w nim czekał na nas laptop. Zdjęcia zgrane, a my uratowane! Ale na tym nie kończyła się dobroć naszych kumpli, ugotowali oni także obiad dla nas, w podzięce za wieczorną herbatę. Zdjęć z tego dnia nie ma, gdyż siąpiło i kropiło, a na dole, byłyśmy po prostu zbyt padnięte by jeszcze strzelać sobie fotki ;) Za to o chłopcach zdań kilka chciałam napisać. Wyruszyli oni w 4 tygodniową podróż busem po Norwegii. Na dachu mieli kajaki, a z tyłu auta rowery. W ogóle to są rowerowymi maniakami, dlatego pewnie ich tak dobrze wspominam :) Rowerami śmigali całkiem sporo podczas wyprawy. Kajaki użyli raz. No ale chęci były ;) Są przyjaciółmi od wielu lat. Spytałam ich co robią gdy się pokłócą, w końcu tyle czasu non stop ze sobą to może być ciężko… Powiedzieli, że to żaden problem. Pomilczą gdy jest spięcie, a potem dalej gra gitara. Fajne chłopaki :) Zwieźli nas po obiedzie i kąpieli w jeziorze do Tyssedal, gdzie nasze drogi się rozeszły. Oni na południe do domu, a my zaczęłyśmy łapać stopa na północ – znów w kierunku Voss :)