W drodze, pomiędzy Oslo a Bergen.

Wyjątkowy człowiek, o którym opowiadam za każdym razem gdy wspominam wyprawę. Poznany przypadkiem, w stopie, ale znaczący tak wiele. Bob. Urodzony w Egipcie, wychowany w Ameryce, mieszkający w Norwegi. W każdym kraju mówią mu, że on nie ich, bo albo nie wychowany, albo nie urodzony w kraju do jakiego chciałby poczuć przynależność. Być może dlatego zdecydował się na pracę w urzędzie emigracyjnym. Spotyka się z biedą, bólem, ucieczkami z różnych krajów. Musi spokojnie tłumaczyć dlaczego dana grupa nie może zostać w Norwegii, wspiera ludzi, którzy nielegalnie przekroczyli granice. Oni wtedy z jeszcze większym płaczem i błaganiem proszą o schronienie. Bob nasłuchał się wielu trudnych i smutnych historii. Na koniec podróży powiedział nam bardzo znaczące zdanie: Jeśli macie gdzie spać, zamykacie oczy i nie boicie się o jutro, jeśli macie co jeść i czystą wodę w swoim pobliżu, to już należycie do zdecydowanej mniejszości ludzi, którzy mogą czuć się szczęśliwi. A co się dzieje w Polsce i Europie? Ludzie gonią za luksusem, pieniądzem, tracą zdrowie dla pracy… zapominają jak ważna jest rodzina, i jak blisko jest ich szczęście, o którym zapominają w tym wyścigu. Bob przypomniał mi o tym o czym wiedziałam, ale trochę zapomniałam. Bob obudził ciepło w sercu i gdy patrzę na koleżanki paradujące w nowych ciuchach i spoglądam na siebie, 5 rok w tym samym swetrze, myślę potem – jestem mega szczęśliwa. Nie biegnę, nie ścigam się, doświadczam, przeżywam, jestem z ludźmi. Bob – Dziękuję!

031.

Wspomnę jeszcze tylko jak poznałam Boba :) Siedziałyśmy na stacji za Oslo, miałyśmy ruszać dalej, w góry. Stacja niestety nie była przy głównej drodze, szukałyśmy więc kogokolwiek, kto by nas wywiózł kilka kilometrów dalej, do głównej drogi, ale jak na nieszczęście nikt tam się nie wybierał, a ze stacji korzystali tylko lokalsi. Usiadłyśmy przy plecakach, znudzone dniem i niemożnością wyjechania. Podszedł wtedy do nas Bob pytając czy coś się stało. Odpowiedziałyśmy, że nie, ale on ciągnął dalej. Od słowa do słowa, okazało się, że jedzie z Oslo do Bergen zobaczyć samochód , który chce kupić. 450 km dalej. 400 km w naszą stronę. Wspaniała wieść! Musiał jednak wcześniej wejść do domu, wziąć kąpiel i mogliśmy jechać. W domu uraczył nas herbatą i kawą, oraz pozwolił zobaczyć typowe tanie mieszkanie w Norwegii, czyli w miejscu gdzie każdy mieszka w domu jednorodzinnym, on mieszka w bloku, sam w trzech pokojach, i tak wyznacza się tam biedniejszych ;) Powiedział wtedy, że on i tak uważa się za bardzo szczęśliwego i w ogóle mu nie przeszkadza, że nie mieszka w wolnostojącym domu. W czasie drogi wyjaśniło się dlaczego :)032.Podczas drogi z Bobem miałyśmy możliwość przejechać najdłuższym tunelem jaki powstał w Norwegii. Tunele, to w ogóle jeden z bardzo charakterystycznych elementów tego kraju. Są wszędzie, w każdej niemal skale, skracają drogę czasem o wiele kilometrów powstając latami… Najdłuższy z nich liczy ponad 40 km. Niestety po przejechaniu iluś tuneli przestają one robić wrażenie, a 40 kilometrowy odcinek przemierzany pod górą jest po prostu męczący :P By wzrok ludzki nie zdechł w tych ciemnościach zaprojektowano na tym długim dystansie trzy niby ronda z kopułą skalną w niebieskich światłach. Tak, to jest ładne, wciągające, tajemnicze i fajne :) Ale nie na tyle by specjalnie tamtędy znów jechać, no chyba, że za jakieś 10 lat ;)

Bob to mega uśmiechnięty i pozytywny człowiek. Dużo nam o sobie opowiedział. O okolicy również :) Zobaczyłyśmy wtedy pierwszy śnieg w lipcu, wspaniałe góry i wodospady. Spędziłyśmy wspaniałe 450 km naszej drogi, wysiadając w Voss, które później jeszcze kilka razy mijałyśmy…. :)

Voss – to miasteczko na skrzyżowaniu głównych dróg, z wodą tak błękitną jak oczy Ani, o czym świadczy zdjęcie powyżej. W Voss upolowałyśmy pizzową promocję.. ale o niej w kolejnym wpisie :)

Reklamy