Pierwsze marzenie o podróży stopem

Oglądałam dziś pamiątki. Na wyjeździe instruktorskim miałam napisać swoje marzenie i na kartce powstał napis: Podróż stopem przez Europę. Napisałam to w sierpniu 2009 roku tak naprawdę nie wierząc, że to się kiedykolwiek spełni.

Niesamowite. Udało się. W maju 2010 pierwszy raz ruszyłam autostopem za granicę, aż do Berlina ;)

A dziś odliczam dni do kolejnej już wyprawy, tym razem w pogoni za reniferem za koło podbiegunowe :)

Inspirują!

Niesamowitość czeka na każdym kroku. Motywacja, inspiracja również.

Wysiadłam ze stopa w Częstochowie. Była ich tam już szóstka. Co za autostopowy korek! Szybko jednak odjechali zostawiając mi tabliczkę. Stoję. Łapię. Za chwilę pojawia się kolejna dwójka. Łapię. Kierowca Tira pokazuje mi bym się odwróciła – o, ktoś na mnie czeka. Na mnie i dwójkę Niemców stojących kawałek dalej.

Dwójka Niemców, którzy od tygodnia biorą udział, będąc w między-krajowym składzie, w autostopowej podróży po Polsce. Każdego dnia odwiedzają inny, niebanalny camping w Euroskładzie.

Kierowcą była niesamowita Polka – Marlena. Mając dość programowania w warszawskiej korpo jednego dnia sprzedała wszystko i ruszyła przed siebie. Do Ameryki Południowej. Wróciła na chwilę do rodziców, jechała do małej mieścinki na północ od Łodzi. Dwaj niemieccy studenci również. Ona wierzy w przypadki. Ja również.

Umówiłyśmy się – dwa miesiące wcześniej mam zadzwonić i powiedzieć gdzie przylecę, bo ona nigdy nie wie gdzie będzie. Jak już przylecę „gdzieś” do Ameryki, to nawet przez trzy kraje po mnie przyjedzie na lotnisko, ponieważ już tak ma. Jest dobra. Tak całym sercem :) Mamy deal – ja ją nauczę grać na gitarze, albo ukulele.

Wesołym autem, śpiewając i grając na ukulele, podwieźli mnie pod sam dom. Teraz już są w małej mieścince przy ognisku. A ona za chwilę wraca do „siebie”. Uwielbiam spotykać tak pozytywnych i dobrych ludzi. Bo świat jest dobry, i dobro w świecie nie ginie. Ty coś dajesz i ktoś potem do dobro przekazuje dalej. Głęboko w to wierzę, i wierzę, że warto być dobrym człowiekiem. Bo to wraca! :)

Jesteśmy w kontakcie!

Moja czwarta Ukraina

Basia, gdy wróciłyśmy w maju 2011 z Ukraińskiej wyprawy napisała artykuł pod tytułem „Moja pierwsza Ukraina”. Tak zaczęła się moja ukraińska przygoda przepleciona miłością do tego kraju, ludzi, miejsc, historii. Dziś piszę „moja czwarta Ukraina”, wracam do niej co roku i nie wygląda na to by miało się cokolwiek zmienić w tej kwestii.

Miłość została zdecydowanie bardziej rozbudzona za sprawą ludzi z tego zdjęcia, Sashko i Marty – ukraińskiego małżeństwa pełnego radości i miłości, dwójki ludzi, która poznała się dzięki PLASTowi – tutejszej organizacji skautowej. Pokazali nam miejsca niesamowite, magiczne i zaczarowane, przy czym na każdym kroku Sashko witał się ze swoim znajomym, zawsze mówiąc „on też jest plastunem” :) Mała-wielka lokalna mafia :)

_MG_0387
fot. Wołoś, na zdjęciu fragment ukraińskiej mafi :) Андрій i Барc

Jeśli już mowa o mafii to muszę wspomnieć o sieci kawiarni, które odkrył przed nami Sashko. Każda inna, każda fascynująca, każda wyjątkowa i każda zawiera w sobie pierwiastek plastuna :) Zdecydowałam się opisywać tutaj poza wrażeniami również kilka konkretów coby móc do tych miejsc po latach wrócić :) Sieć kawiarni Lviv Emotions Restaurant City jest rozmieszczona na starówce. Przy samym ratuszu, obok hostelu, w którym nielegalnie spaliśmy, mieści się Kryjówka (криївка) , pub stylizowany na siedzibę UPA. Na przywitanie słyszymy hasło „slava Ukraina” a my musimy odpowiedzieć „slava”, następnie musimy wypić setkę na przywitanie (Wołoś czynił za mnie honory ;)) i już możemy wejść do piwnic pełnych flag, haseł i patriotycznych symboli. Piwnica to jednak tylko początek, ponieważ dalej na podwórzu znajdujemy broń, sprzęt, transformersa i wieżę widokową na szczycie której można usiąść i wypić kolejne piwo. W tej samej kamienicy znajduje się restauracja, zajmująca pierwsze piętro. Nazywa się ona mniej więcej „Masona” i jest niespodzianką. Sashko powiedział nam, że wejdziemy tylko na pierwsze piętro kamienicy do jego kolegi na herbatę. I faktycznie, otwieramy drzwi, wchodzimy do przedpokoju zastawionego meblami, książkami, kuchenką z czajnikiem, a chwilę dalej, za zasłoną wita nas najdroższa ukraińska kawiarnia. Pełne zaskoczenie. Restauracja jest „wykwintna”, balowa, a w środku znajdziemy stary, klasyczny samochód. Jak? Nie mam pojęcia :)
IMAG1261
Na zdjęciu widok z mojej ulubionej lwowskiej knajpki „Domu Legend”.

Z kolejnych miejsc, również przy ratuszu, znajdujemy kopalnię kawy, która od progu wita niesamowitym aromatem. Na tyle niesamowitym,że byłam tam w ciągu 3 dni trzy razy. Kopalnia jest kopalnią, ponieważ legenda głosi, że Ukrainiec, który przywiózł dostaną w nagrodę kawę wkręcił innych, że wykopuje się ją spod ziemi. Rozkręcił on kawiarniany rynek, a dziś wspomnieniem po nim jest piwnica koło ratusza, która skrywa wózki kopalniane i inne narzędzia, ubrudzone kawą. Jest mrocznie, jest klimatycznie. A jak kawa to i zaraz obok czekolada. Fabryka czekolady mieści się na południowy wschód od rynku i skrywa fantastyczne praliny w każdym smaku świata, czekoladowe rzeźby, posągi, i w ogóle mnóstwo pyszności. Jest tam niesamowicie i cudownie, a zapach roztopionej i lejącej się czekolady roznosi się po całym budynku.
IMAG1263
Dom Legend przestrzega!

Kolejne dwie restauracje znajdują się na przeciw siebie, jeszcze dalej na południowy wschód. Pierwsza to knajpa żydowska. Gdy zamawiasz, nie wiesz ile co kosztuje (a może wiesz?) ale nie wiesz ile zapłacisz. Gdy przychodzi chwila zapłaty musisz się targować o swój rachunek. Iście po żydowsku. Nie było nas w środku, ale ludzi było pełno ;) Natomiast na przeciw znajduje się niesamowita i moja ulubiona knajpa – Dom Legend. Jest boska. Cała kamienica zamieniona na magiczny świat. W każdym pomieszczeniu panuje ina stylizacja, gdzieś wystają nogi z sufitu, gdzie indziej jest pełno bruku i transmisja podziemnej Lwowskiej rzeki, a w toalecie podgląda nas pracujący w sklepie z pamiątkami stary kominiarz. Obsługują nas karły (naliczyłam czterech!) ale fenomenem jest dach. Na nim postawiona platforma, a na platformie znajduje się trabant na polskich blachach, który ma domocowane wiosła i rybi ogon. Widok z dachu jest nieziemski. Jesteśmy wśród innych kamienic, na równi, jak w hiszpańskim filmie. Siedziałam tam kilkakrotnie, podczas wizyty we Lwowie wdrapałam się tam 6 razy, a kelnerka już mnie rozpoznawała i witała polskim „dzień dobry”. Lubię to miejsce, zdecydowanie. Będę tam wracać :) Można tam przesiadywać całymi dniami i nic nie robić, tylko patrzeć na przestrzeń :) Zdecydowanie bardziej wolę taką przestrzeń niż patrzenie z wieży ratusza, gdzie było za daleko do wszystkiego choć również pięknie. (Wejście na ratusz to koszt 10 hrywien). A! A sam dom legend na elewacji ma umiejscowionego smoka, który zieje ogniem o 21:24 (ponieważ taka godzina jest godziną 21 wg słońca, a nie wg Kijowa) oraz przejeżdża po elewacji tramwaj :)
_MG_0326
My na ratuszu, a fotografował Wołoś.

Poza szóstką wymienionych knajpek obejrzeliśmy z zewnątrz knajpę masochistów, ponieważ w środku po prostu biją ;) Na zewnątrz stoi pomnik pana masochisty, który ma wyrwane serce a w dziurze po nim widok nagiej kobiety. Można też włożyć mu rękę do kieszeni…ale tam wiecie co można znaleźć :P Byliśmy jeszcze dwukrotnie w knajpce prowadzonej przez przyjaciela Sashko, która również należy do wspomnianej sieci :) Drugą noc, którą tam zakończyliśmy, spędziliśmy na śpiewaniu polskich i ukraińskich piosenek, przy czym pierwsze co usłyszeliśmy to pieśń o „naszym Krymie”. W sumie to mam teraz wątpliwość czy ta ostatnia knajpa należała też do tej sieci.

Z miejsc gdzie warto się zatrzymać należy wymienić gruzińską knajpkę Chinkali z niesamowitymi pierogami, ichniejszymi „chinkali”. Za dobry obiad popity kwasem zostawiamy niecałe 10 zł. Ale jeśli o jedzeniu mowa to to co jest w Ukrainie najwspanialsze to lody firmy Limo! Sashko opowiadałm nam o dobrych lodach i przyszedł pokazać nam je w sklepie – o które chodzi. Okazało się jednak, że my właśnie po te same lody co roku zmierzamy na Ukrainę :) A oto i my z nimi… :)
_MG_0412
Foto tak jakby zrobił Wołoś ;)

Ciekawe czy kiedyś uda mi się uzupełnić bloga o te wyjazdy, które są już za mną, ale lekko powątpiewam ;P

Tak, zdecydowanie czwarta Ukraina to Ukraina knajpek, wolności, powolności i rozmów o skautingu :) Trochę już wiem o Plaście, ale jeszcze sporo przede mną. Ich zbiórki to chyba raczej spotkania niż nasze polskie zbiórki, ale jeszcze kiedyś się w to zagłębię. Póki co szykuję się na Świąteczny wyjazd na Ukrainę :) Cel – zobaczyć Lwów w śniegu!

Gdzie: Lwów
Kiedy: 18-22.06.2014

Moldova

IMAG0542

„W dniu kiedy Pan Bóg rozdawał ludziom ziemię, Mołdawianin akurat zaspał. Zbudził się, gdy było już po wszystkim. „Co ze mną będzie Panie Boże? – zapytał smutno. Pan Bóg popatrzył z góry na zaspanego i zmartwionego Mołdawianina, i zaczął się zastanawiać, ale nic mu nie przychodziło do głowy. Ziemia była już rozdzielona i jako Bóg nie mógł kwestionować własnych decyzji, a tym bardziej zajmować się przesiedleniami. Machnął w końcu ręką i powiedział: ‚No trudno. Chodź, zamieszkasz ze mną w raju’. Taka jest legenda.”

Andrzej Stasiuk. „Jadąc do Babadag”. Strona 140.

Potwierdzam.
Justyna Rędzikowska.